Bloog Wirtualna Polska
Są 1 263 873 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Szłam, szłam i myślałam... czyli jeden z ot, takich zwykłych jesiennych dni

poniedziałek, 27 września 2010 16:26

Po pierwsze, gdy pada ulewny deszcz, to ludzie tylko narzekają. „Jak brzydko", „Jak zimno", „Jaka straszna pogoda"... I tak od wieków. A co poradzić skoro jesień ma do tego prawo! Przyszła w końcu, więc deszcz razem z nią, bo to kompani podróży, chyba nie od dziś to wiadomo!

Jak tylko wyszłam z domu, to już poczułam „tę jesień", bo zanim doszłam do przystanku (2 minuty) to byłam cała mokra od pasa w dół. Na autobus szłam (co odkąd mamy Groszka rzadko się zdarza), bo przecież jechałam dziś do Sopotu, a jak wiadomo, Sopot najdroższym miastem w Polsce jest (prawda to taka, jak: „Słowacki wielkim poetą był" - „Ferdydurke"). No ale nie o tym miało być, tak mi się jakoś napisało. Więc jeszcze raz - jak wiadomo, Sopot to miasto, gdzie lepiej samochodem nie jeździć, bo miejsc parkingowych brak. Nie z powodu, że ich nie ma, ale z powodu, że zawsze są zapchane. Do tej pory w Sopocie byłam samochodem raz i też się natrudziłam, by miejsce znaleźć, po czym zapłaciłam bardzo duuużo za dwie godziny postoju, a pan parkometr nie był łaskaw i nawet nie podziękował!

Zresztą na nic mi dziś samochód, skoro i tak parkując w Sopocie musiałabym dreptać pieszo długą drogę na miejsce docelowe. Bo w miejscu docelowym parkingu nie znałam (teraz już znam). Ale wracając, w autobusie, było tak parno, że ledwo wytrzymałam. A jak parno to i śmierdzi, więc warunki nie najlepsze. Pomyślałam, że może to straszne, że tak myślę  jak jakiś „pański piesek", ale potem, jak weszły jakieś nastolatki i skomentowały ten smród, pomyślałam, że wszystko ze mną w porządku.

W autobusie nawiązałam znajomość, no może nie zupełnie ja, bo owa pani pierwsza się do mnie odezwała. Pani była dość smutna, siedziała naprzeciwko mnie i od razu przykuła moją uwagę. Tzn. czułam, nie, nie czułam (bo czułam tylko smród), wiedziałam, że to będzie coś więcej. Jak na mnie lookała, pomyślałam nawet, że może mam coś na twarzy, albo make-up mi spłynął, a ja nie zobaczę tego, bo nie wzięłam lusterka. W końcu pani odezwała się. Zapytała ile przystanków do dworca. (Uff, to jednak nie make-up i nie mam nic na twarzy - pomyślałam). Odpowiedziałam, że dokładanie nie wiem, ale już niedaleko. Po czym zaczęłam w myśli liczyć przystanki, a pani powiedziała: „nich pani nie liczy". Zaskoczona pomyślałam - co? pani umie czytać w myślach czy jak? Ale widocznie moja mimika twarzy liczącej przystanki mnie zdradziła i pani po prostu odgadła moje intencje. Zaczęła rozmowę o swoim prawie trzyletnim synku, potem o innych sprawach, mówiła dość śmieszne fakty, więc śmiałam się i śmiałam. Wysiadałyśmy na tym samym przystanku, więc jeszcze do dworca dotarłyśmy razem. Po czym dowiedziałam się, że pani dostała dziś wymówienie  z pracy i dlatego zaczęła rozmowę, bo „dobrze z kimś porozmawiać". Na co powiedziałam, że ja właśnie idę na rozmowę o pracę. I dalej gadka, gadka, jak to z pracą słabo dziś, itp., aż czas było się pożegnać. „Pani dostanie tę pracę" - powiedziała do mnie na koniec owa pani z autobusu kiedy już odchodziłam.  Hmm... a jeśli? - pomyślałam - Co wtedy?

Jechałam w śmierdzącej SKM-ce i tak znowu, jak ten pański piesek, myślałam sobie, że to jest straszne, że jak leje, albo jest upał, to tak śmierdzi. Wysiadłam w końcu na tym dworcu w Sopocie i pomyślałam, że ładnie ten dworzec odnowili, nawet w deszcz wygląda dobrze. Po czym spojrzałam na drugi koniec peronu - na przeciwko - i zobaczyłam obrazek, który sfotografowałabym, gdybym wzięła lustrzankę. I pożałowałam w tym momencie, że takowej nie mam przy sobie, mimo że mi nie potrzebna była, bo idę przecież na rozmowę. Tam, gdzie kończył się dach peronu wisiał stary zardzewiały napis „Sopot" a z niego, niczym wodospad, ciekła woda deszczowa. To ujęcie w strugach deszczu z nieba było wprost do obfotografowania. Po czym pomyślałam, że mimo, że nie mam aparatu mogłabym naszkicować ten obrazek i wrzucić go na blooga. Po czym jednak pomyślałam, że przecież nie umiem tak ładnie szkicować i pomyślałam o pewnym koledze ze studiów, który na pewno by mi to ślicznie i szybko naszkicował. Bo talent chłopak ma. To nawet nie dziwne, że czasem przychodzą nam do głowy ludzie, których nie widzieliśmy wiele, wiele miesięcy i z którymi praktycznie nie mamy kontaktu. Ale dziwne w tym wszystkim jest to, że po powrocie do domu, ów wspomniany na dworcu kolega, zadzwonił do mnie z pewną sprawą! I nie to jest dziwne, że zadzwonił do mnie ze sprawą, ale to, że zadzwonił akurat tego dnia, gdy kilka godzin wcześniej przyszedł mi do głowy, kiedy patrzyłam na ociekający deszczówką peron.

Tudzież zaczęłam iść dalej i zobaczyłam cudowną dziewczynę! Siedziała na ławce, twarzy nie widziałam. Była ruda jak marchewa, miała czerwone legginsy, czerwone kalosze w białe kropki, czerwony płaszcz w białe kropki i czerwoną chustę. Wyglądała niesamowicie wśród szaro-czarnego tłumu niczym nie rzucających się w oczy przechodniów-podróżujących, w tym mnie. Nie miała nic innego, jak wszystko czerwone! Przez to była cudna. „Takich osób nam trzeba - pomyślałam - bo dzięki nim szara rzeczywistość nabiera kolorów".

Ale wracając (już po raz kolejny), szłam sobie tym Sopotem, brnąc w kałużach (jak dobrze, że miałam kozaki) i będąc ochlapywana przez każdy (!!!) przejeżdżający samochód, rozmyślałam nad życiem, nad cudowną czerwoną dziewczyną z marchewkowymi włosami, nad brakiem aparatu i nad spotkaną panią w autobusie. I nagle pomyślałam, co jeśli ta pani miała rację, co jeśli zaraz dostanę pracę? Pomyślałam, że może to znak właśnie i nie powinnam mieć dłużej wątpliwości z jakimi borykam się od tygodnia? Wątpliwościami, czy jeśli tak to tak, czy jeśli tak, to nie.... Hmm. Najgorzej to nie wiedzieć samem czy tak czy nie i co zrobić, tzn. jaką decyzję podjąć.

W każdym bądź razie, co tu dużo więcej pisać. Tak jak napotkana pani z autobusu stwierdziła, tak się stało. Zostałam zatrudniona. Nowe wyzwanie przede mną. Ucieszyłam się, choć  pierwsze co, jak wyszłam, to zostałam zmoczona od stóp do głów przez przejeżdżający samochód. Nawet parasolka się oburzyła, bo przemokła do suchej nitki, a raczej do wszystkich drutów! Szkoda, pomyślałam, że okulary nie mają takich wycieraczek jak Groszek, bo przynajmniej bym coś widziała, a tak, to nie mam nic suchego, więc nie mam czym wytrzeć!

Szłam więc sobie z powrotem na pociąg, tym razem nie patrząc już na deszcz, bo po co zwracać uwagę jak leje, skoro człowiek  i tak mokry jakby spod prysznica właśnie wyszedł.

Pod blokiem spotkałam jakąś dziewczynkę, która zaczepiła mnie i zapytała, gdzie przystanek, bo ona na 139 i do Oliwy jedzie. Ja mówię, że za rogiem, tyle, że nie znam takiego numerka, więc może wsiąść w 124, dojechać do szpitala i potem w 129 do Oliwy. (To trasa Dzielnego Męża do pracy, jeszcze sprzed czasów Groszka). Tyle, że w klatce przypomniałam sobie, że nie 129, a 127. Mam nadzieję, że ktoś uświadomił to dziewczynce, bo nawet nie wiem, czy numer 129 jest. Po czym wsiadłam do windy, a tam jechał sąsiad, który dziwnie na mnie taką mokrą popatrzył, więc mówię: „Jesienna pogoda..". A on na to: „Przyszła jesień i przechadza się parkiem". No tak... Jesień. Dziś dała mi o sobie znać jak nigdy dotąd...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Na koniec świata i jeszcze dalej

niedziela, 19 września 2010 13:50

Tydzień temu wybraliśmy się z Dzielnym Mężem na Hel. Skorzystaliśmy z okazji, że jest już po sezonie (nie będzie korków) i, że teraz mieszkamy dość blisko :) Droga dobra - jedzie się cały czas prosto (nie licząc trzech zakrętów).  Co prawda jechaliśmy z myślą, że tylko na cypel i z powrotem, a na miejscu okazało się, że czeka nas trochę więcej atrakcji. Zapomnieliśmy na przykład o istnieniu fokarium. Na szczęście, na parkingu, rozdawano mapy z zaznaczonymi dokładnie ciekawszymi miejscami do zwiedzenia. „Ta ulica proszę Pani - powiedział pan parkingowy tłumacząc dokładnie mapę - to najdroższa ulica na Helu. Ceny jak na Majorce. Hmm... no tak, jakoś z Dzielnym Mężem nie wzięliśmy pod uwagę faktu, że wyprawa, bądź co bądź na koniec świata, kosztuje. Nawet o parkingu - płatnym - też nie pomyśleliśmy. W ogóle to nie wiem co myśleliśmy. „A potem - przerwał moje rozmyślania nad tym co myśleliśmy, pan parkingowy - pójdą Państwo tu, tu, tam, tu mogą Państwo wziąć rejs statkiem, a tam...". Rozgadał się. Dobrze, dobrze, dziękujemy.

W każdym bądź razie, koniec końcem, ale i tu bankomaty się znalazły! Uff. Fokarium okazało się najtańsze ze wszystkich miejsc (bo nawet toaleta była droższa). 2 zł i siedź pan ile chcesz :) Fok sztuk 5. Prawdą jest, że to „śmieszne" zwierzęta, jak to mówią „ni pies ni wydra". Niby sympatyczne, mordki jak u psiaków, ale jednak kartki rozwieszone nad basenem głoszą: „Uwaga! Foki gryzą". I jak się jedna wyszczerzyła to rzeczywiście zębiska jak u wilka. Inna za to, grzejąc się na słońcu, pięknie pozowała do zdjęć. Przewracała się na boczki i wystawiała mordkę w uśmiechu - prawdziwa gwiazda. Trzecia z kolei, ku uciesze gapiów,  klaskała klepiąc się łapą po brzuchu. Dodatkowo, wszystkie śmiesznie fukały noskami, przy czym ruszały tymi swoimi wąsami, aż miło popatrzeć. Choć pokraczne, to urocze. Ale może dość o tych fokach, bo przecież koniec świata przyjechaliśmy podziwiać przede wszystkim :)

Z miejsc polecanych przez pana parkingowego, zaszliśmy jeszcze na molo, gdzie inny pan, nawołujący do rejsu statkiem, powiedział do mnie: „Dziękuję za piękny uśmiech". Proszę. Jak zwykle szłam szczerząc się dookoła tu i tam. Ale cóż, jak człek szczęśliwy, słońce grzeje to i się szczerzy :P

Na cypel musieliśmy podjechać. (Znowu parking płatny, tyle że tym razem z pięknym chwytem marketingowym „Parking tylko 1,50 zł". Jak się okazało 1,50 zł owszem, ale za pół godziny). Kolejny Pan z mapą tłumaczył nam jak iść, gdzie iść i co podziwiać. „A tam proszę Państwa, to już widać Maledywy. Oczami wyobraźni oczywiście, ale widać, proszę się dokładnie rozglądać. I proszę pamiętać, że po powrocie sprawdzamy stopy. Mają być w piasku, jak nie są, rekwirujemy samochód". Żartowniś. Gadał i gadał, i nawet jak już szliśmy to za nami jeszcze coś o tych Malediwach nawijał.

Szliśmy, szliśmy przez las mijając stare bunkry, aż nagle rozciągnął się przed nami piękny krajobraz... Morze. Prawdziwe otwarte morze... Jako, że było gorąco, choć to już wrzesień, wskoczyłam do wody. To nic, że wysokie fale zamoczyły mi spodnie do kolan, to nic, że nogi zatapiały się po kostki w złotym piasku. Jakoś ta radość mnie poniosła. Piasek był inny niż u nas na plażach, woda był czysta, przejrzysta, a fale wysokie. Gdzieś na widnokręgu płynęły statki, gdzieś w oddali były Maledywy :), a ja stałam sobie w tej wodzie i patrzyłam daleko, daleko na otwarte morze. Wiedziałam, że stoję na końcu Polski, na końcu mapy, na końcu świata. A może stałam na początku? Cóż, wszystko zależy od punktu widzenia... Stałam tak dumna i szczęśliwa. A słońce grzało mi twarz...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Gdy blondynce śni się nocnik...

piątek, 03 września 2010 22:39

Rozmawiam z Lucide. Na gg, bo jakżeby inaczej.

- Wiesz - mówię w środku naszej rozmowy o poważnych sprawach. - Dzisiaj śnił mi się niebieski nocnik.

- Jesteś w ciąży! - odpowiada Lucide.

- Co?

-No, jak blondynce w ciemną noc nocnik w błękitach się śni, to rychło dziecię powije - pada odpowiedź.

Cisza.

- Jak u wróżki się czuję... - odpowiadam zbita z tropu.

Cisza.

Po chwili.

- Ale ja to tak na szybko wymyśliłam :P...

 

A swoją drogą. Taki niebieski nocnik był niegdyś - w odległych czasach - u mojej babci w łazience. Wnuczkowy - co by wnuczki na noc zostawały, to i nocnik wtedy był potrzebny. Ile miałam lat? 3? 4? Nie więcej. W domu miałam bordowy. „Lepszy" jak na dziecięcy rozum. Ten błękitny był „głęboki", niewygodny i złowrogi jakiś. Ale był. Potem babcia się przeprowadziła. I już nie wiem co się stało z niebieskim nocnikiem...

W gruncie rzeczy to nie pamiętałam o tym fakcie - nocniku czyli - do dziś dnia, bo niby co tu pamiętać. Ni żadne wspomnienie ni żadna historia z tym się nie wiąże. Tylko tak sobie o nim nagle przypomniałam i to we śnie.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

...i postęp też przeżyją.

czwartek, 02 września 2010 13:39

Zagląda babcia w południe do lodówki... Nie ma mleka! A wiadomo ( a  kto nie wie to się właśnie dowie), że starsi ludzie mleko hektolitrami piją. Dziwi się babcia, że wczoraj nie kupiła. Ale trudno. Wiadomo, pamięć już nie ta... Ubiera się więc babcia i wychodzi po mleko. Ale żeby to babcia szła do pobliskiej budki czy warzywniaka, gdzie trochę nabiału w jednej lodówce jest! O nie!  Babcia oszczędna przecież, toż emeryturka mała, każdego grosza szkoda. Idzie więc babcia nigdzie indziej, jak do pobliskiej Biedronki. Wchodzi nie wadząc nikomu, bez koszyka, po cichutku. Stoją ludzie w kolejce. Kolejka długa - trzy kasy na sześć otwartych to co się dziwić. Ale stoją zakupowicze w tej kolejce, czas się dłuży, ale wystać swoje trzeba (a swoją drogą, mówią, że kolejki już się skończyły. Może takie po nocach to i owszem, ale ludzie chyba przywykli i teraz w Biedronkach stoją. Bo co i rusz zajdę to zawsze kolejka). Ale wracając. Przeciska się babcia przez rządek w kolejce, przeciska. W jednej ręce mleko, druga w piąchę zaciśnięta. Myślę sobie brzydko: „Ukradnie? Ot, stara babcia sprytna sztuka moment tłumu wykorzysta". Ale zaraz myślę ponownie: „Gdzie tam! To przecież babcia. Coś innego kombinuje". I jakże! Babcia przecisnęła się sprytnie na początek kolejki, stanęła za kasjerką i zerka ukradkiem. Już widać cichy podstęp - już czuć na odległość! Jak gdyby nigdy nic, po cichutku, nie wadząc nikomu, mleko postawiła, zaciśniętą piąchę otworzyła i wylicza drobne. I cóż zrobić w takiej sytuacji? Wzięła kasjerka to mleko, ludzi w kolejce przeprosiła, naliczyła na kasę i obsłużyła babcię poza kolejką. Nikt się nie burzył głośno, ale tak w środku, w sobie kilka osób chyba nie było zbytnio zadowolonych. Mimo że to babcia przecież, stara kobieta, może schorowana...

I kto mi powie biedne te babcie - w XXI wieku odnaleźć się im ciężko. Ach! Guzik z pętelką! (Czy jakoś tak). Wcale nie biedne, a przebiegłe bestyje! Przeżyły wojnę, przeżyły komunizm i widać, że postęp też przeżyją!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  50 447  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

Ulubione strony

Statystyki

Odwiedziny: 50447

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Facet