Bloog Wirtualna Polska
Są 1 263 234 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Festiwal butów

poniedziałek, 27 sierpnia 2012 9:48

Jadąc ostatnio samochodem, patrzę na bilboard, a tam wielki napis: Festiwal Butów. Czy może być coś piękniejszego w szary, pochmurny dzień? ;) Aż mi oczy z orbitek wyszły. Dobrze, że to nie ja prowadziłam! Śmiało mówię, że „nie jestem Kopciuszkiem, żeby cieszyć się z jednej pary butów!”. I, jak wiele kobiet, uwielbiam buty, buciki, i wszelkie tego typu odzienie dla stóp. Czego z reguły nie rozumieją panowie, mówiąc: „A przecież niedawno kupiłaś!”. „Niedawno?!? – to było już tydzień temu!”;) … Ot, takie małe „fiubździu” :). Festiwal butów zabrzmiał więc dość nieprawdopodobnie. Chciałoby się powiedzieć, że byłam na miejscu pierwsza, jeszcze przed otwarciem, przyjechałam w nocy, by koczować pod drzwiami, a adrenalina działała lepiej niż kawa. Ale tak nie było. Nie byłam pierwsza, nie byłam też druga. Pojechałam po prostu drugiego dnia, więc pewnie byłam któraś tysięczna :) "Obawiałam" się jechać, "obawiałam" się rozczarowania, że to nie będzie to, o czym mój mózg sobie wyśnił. I zgadnijcie? Oczywiście, moje przeczucie było jak najbardziej prawdziwe! Co za rozczarowanie! Wielkie centrum handlowe, a w nim tylko mała wystawa butów narodowych z różnych krajów: m.in. Japonia, Holandia, Polska, kilka butów sportowych, buty zaprojektowane przez studentów sztuk artystycznych (istny koszmar) i niewielki namiot z prowadzącym do środka czerwonym dywanem. A „w środku buty najznamienitszych projektantów świata, nie do kupienia, jedynie do oglądania” (wypowiedź hostessy wskazywała na to, że namiot skrywa co najmniej jakiś skarb). Weszłam więc do środka, a tam… nie wybrałabym ani jednej pary! Ani jednej! Pokraczne i szkaradne. Cóż tu więcej pisać... Festiwal butów… Nazwa jak marzenie ;), a taka porażka… A oczami wyobraźni już widziałam siebie mierzącą, wybierającą i wychodzącą z co najmniej trzema parami…


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

To nie jest kwestia marzeń! cz.2

niedziela, 26 sierpnia 2012 9:53

Zakup mieszkania swoją drogą, wykończenie swoją. Co prawda, deweloper wykańcza nam podstawowe rzeczy – podłogi, drzwi, łazienkę. I teraz wiem, że to jest bardzo, bardzo dobre, bo wybór materiałów, np. podłóg z trzech rodzajów był o niebo łatwiejszy niż byłby, gdybym miała wybierać w sklepie, spośród 50 rodzajów. Zgłupiałabym i tyle. Ale oczywiście,  inne „drobiazgi” leżą w naszym geście, dlatego też, pomimo, że do odbioru mieszkania jeszcze dwa miesiące, już zaczęliśmy z Dzielnym Mężem szukać. Na pierwszy ogień poszła szafka do łazienki z umywalką. Szukaliśmy tydzień. Okazało się, że nie jest to takie łatwe, jak się z pozoru wydawało. I choć na pierwszy rzut oka wybór ogromny, to załamanie nerwowe przeszłam ze dwa razy. Wymagań dużych nie mieliśmy, gdyż potrzebna nam była zwykła szafka, najlepiej na nóżkach, biała, 60 cm i do tego umywalka. Też zwykła, też biała, co by w niej dobrze zęby i ręce było myć. Cóż… Najczęściej w sklepach meble łazienkowe stoją na wysokości dwóch metrów, więc obejrzeć ich nie ma szans. Raz nie wytrzymałam i poszłam do Pana z działu, który pozwolił mi wdrapać się na drabinę, bym mogła z bliska się przypatrzeć, dotknąć itp. Ale to zabronione jest ze względów bezpieczeństwa kupujących, bo jak pomyśleć, to rzeczywiście zlecieć łatwo. Miły Pan zrobił jednak dla mnie wyjątek.

Ale wracając, jeśli już jest jakaś szafka, i cena też nie zabija, to powala wtedy cena umywalki nieraz dokładnie o tej samej kwocie, co cena szafki. A innej umywalki dobrać nie można, bo tylko jeden rodzaj pasuje. Po co są więc te niezliczone ilości umywalek leżących na sklepie luzem? Dla ozdoby? A co jeśli umywalka mi się zbije, i takiej, jaką mam, nie będzie już na sklepie? Mam wymieniać cały zestaw? Są to jednak pytania bez odpowiedzi…

Objeździwszy wszystkie możliwe sklepy został nam jeszcze jeden salon łazienek, dość spory kawałek drogi, na obrzeżach miasta. Wszedłszy do środka pożałowałam, że nie założyłam małej czarnej, a Dzielny Mąż fraka bynajmniej, tylko tak oboje na sportowo, co by wygodnie nam było na zakupach. Ale co zrobić? Wycofać się na wejściu trochę głupio, więc twardo, jakby nigdy nic poszliśmy oglądać. Rewelacji żadnej, wyboru w gruncie rzeczy także, ale oglądamy. Podchodzimy do jednej ekspozycji, do drugiej,  lookamy, lookamy, aż wzrok nasz na cenę poleciał. Pierwsza cena w euro, obok dopiero w złotówkach. Myślę, spojrzę na dodatki, co by od razu z nóg nie opaść. Mydelniczka. Mydelniczka 317 zł ! Tak! Nie 31,70 zł , nie 3,17 zł, tylko 317 zł. Nogi się ugięły pode mną, ale jakoś upadek powstrzymałam i patrzę dalej. Umywalka. Umywalka: 14000 zł. Dech zaparło. Przecież za tyle, to miałabym dobry samochód. Obeszliśmy jednak dookoła ekspozycję, to tu, to tam, udając zainteresowanie, co by nie wyszło, że ceny nas przestraszyły :) i po cichutku wyszliśmy. W samochodzie najpierw wybuchnęliśmy dzikim śmiechem, a potem myśli mi przyszła dość ciekawa, bowiem zastanowiłam się, jakie mydło kłaść na taką mydelniczkę? Bo chyba nie zwykłe ze sklepu?

Koniec końców zdecydowaliśmy się na szafkę z umywalką z jednego ze sklepów dość znanych i mam nadzieję, że na zdrowie nam ona wyjdzie :)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Czuję się zagrożona

środa, 22 sierpnia 2012 10:06

Tak to już bywa na tym świecie, że to co nas przyswaja o dreszcze, o strach i związane z tym wszelkie uczucia, zawsze spotyka nie kogo innego jak właśnie nas. Bo choć nie chcemy to i tak zauważymy coś mimo chodem. Siedząc w niedzielę z Metafizyczną, jedząc pyszne ciasto i pijąc kawę z pianką, nagle, zupełnie niespodziewanie wzrok mój padł na ścianę przy oknie, gdzie do tej pory nie przyszłoby mi do głowy, by tam spojrzeć (bo i po co?). COŚ mnie przyciągnęło. A więc odwracam wzrok, a tam wielki pająk! Dlaczego? – pytam. Dlaczego zawsze jest tak, że jak gdzieś siedzi wielki, mniejszy czy wręcz ogromny gad, to zawsze tam spojrzę? Chyba mój organizm podświadomie wyczuwa niebezpieczeństwo i dlatego sam , niezależnie ode mnie prowadzi mój wzrok w to miejsce. W każdym bądź razie wzięłam kapcia, i dzielnie podeszłam do gada. (Był to pająk jeszcze nie z tych naj, najstraszniejszych, tylko taki łąkowy, nie włochaty, trochę błyszczący, niezbyt duży, aczkolwiek do małych nienależący. Pewnie wlazł przez okno). Cisza… Ciap !!! I już po nim. I rechot Metafizycznej, bo ciap !!! było z takim impetem, że mało nie zrobiło dziury w ścianie, a paskudztwo roztarło się okropną mazią na długość 20 cm! O! o! A miało być bez śladów… Spokojnie, spokojnie…  Sytuację opanowały nawilżone chusteczki, które co prawda, starły także trochę farby, ale śladu nie zostało. Przynajmniej jak się patrzy kątem oka :)

Ale to nie wszystko, bowiem wczoraj stała się rzecz straszna, gdyż nieświadoma niebezpieczeństwa, które kryło się na mnie w biały dzień, spokojnie sobie pracowałam. I otóż nagle, zupełnie nagle, zamykając jedne z drzwi w pracy, mój wzrok znowu powędrował do góry (naprawdę nie wiem, jak to się dzieje), a tam w rogu, niemal nad drzwiami wielki, czarny, włochaty gad! Takich u nas w pracy jeszcze nie było i śmiem twierdzić, że musiał go podrzucić ktoś, kto nas bardzo nie lubi. Zasłabłam, ale na nogach się utrzymałam. Szybka analiza sytuacji w mojej głowie wykazała, że choćbym nie wiem jak bardzo chciała, to zabić człeka nie mogę, gdyż jest za wielki, za czarny, za włochaty i mój strach wewnętrzny, połączony z drgawkami był tak paraliżujący, że nie mogłabym tego uczynić. Prędzej on dopadłby mnie. Postanowiłam obserwować gada, co by na miejscu swoim pozostał do dnia jutrzejszego, gdyż rano przyjdzie Pani sprzątająca, co tez takich stworzeń (nie, to nie może być stworzenie, to potwór) się nie boi i capnie go jednym klapnięciem! Z drgawkami przechodziłam obok i z drgawkami wychodziłam z pracy, i drgawki mnie dosięgały, gdy tylko o gadzie w domu pomyślałam. A to jeszcze nic!

Dziś wszedłszy do pracy, rozglądam się, a tam… gada nie ma! Nie ma! Normalnie nie chciał spotkać się z Panią sprzątającą, przejrzał mój plan! Tchórz jeden! I rozejrzałam się dookoła, po kątach, po suficie, po rogach i nawet na schodach! Ani śladu! Jedyna myśl, która mnie troche pociesza jest taka, że Pani Ela powiedziała, że go wytropi! Ale mimo tego, czuję się strasznie zagrożona!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Szkoła przetrwania

niedziela, 19 sierpnia 2012 13:08

 

Wybranie się latem (w sezonie) do Sopotu, jest jak szkoła przetrwania. Wygląda to dość ciekawie z perspektywy człowieka, który turystą nie jest, albo też nie musi wychodzić ciemną nocą w celu uspokojenia swoich dzikich rządy zabawy. I jak w filmie przyrodniczym po prostu może sobie obserwować…

Otóż… Idą człeki, jak gęsi, jeden z drugim, wyprzedzić się nikogo nie da. Wśród nich osobniki, które ni stąd ni zowąd, z gęsi zmieniają się w święte krowy, stając nagle na środku w celu poprawy buta, zrobienia zdjęcia, krzyczenia na własne dzieci, wycierania ich chustką, zagapienia się na coś lub cokolwiek innego. Wtedy wszystkie człeki pozostające za takim osobnikiem „zbijają” się w kupę, jeden na drugim, bo ktoś zburzył rytm chodu. Powstaje ludzki karambol. Oczywiście ów osobnik, który się zatrzymał w tak nieoczekiwanym momencie, nie raczył odwrócić się nawet, nie mówiąc już o wysileniu mózgownicy, co by pomyśleć, że za nim idzie tłum, nie wspominając nawet o tym, że mógłby zejść na bok. Po co, skoro można na środku! Przejście bez potrubowań, w czystości i dobrym humorze,  niezależnie w którą stronę się idzie, do mola, czy z powrotem, graniczy niemal z cudem. Nie dość tego! Co drugi osobnik trzyma w łapie loda, który w upale ścieka mu po paluchach. (Jakby nie mógł gdzieś przysiąść na ławce, by w spokoju go zjeść). W drugiej ręce trzyma kurczowo swojego młodego klona, który także próbuje zjeść loda, łapiąc to co z niego pozostaje i drąc się w niebogłosy niewiadomo dlaczego. Przecież w takim tłumie i tak nikt go nie usłyszy. Ponadto, dorosły osobnik, pomimo zajętych dwóch rąk, posiada jeszcze niezwykłą umiejętność i (choć nie wiem jak to robi), trzyma: telefon komórkowy, chustki do wycierania, aparat, torbę i tysiące innych przedmiotów, które tworzą razem niezbędny zestaw „super turysty”. Wydawać by się mogło, że w zestawie tym dołączone są dodatkowe chwytaczki :) Osobniki oczywiście idą w iście żółwim tempie i nie da się ich wyprzedzić. Po prostu się nie da. Są przecież na wakacjach i nie w głowie im to, że może ktoś nie przyszedł tu dla spacerowania.

Trochę inaczej jest w nocy. Nie, przejście nadal do łatwych nie należy, bo tłum jak był tak i jest, ale osobniki już inne. Otóż ze swoich uk.ryć wychodzą żyrafy i zgłodniałe niczym krokodyle samce. Żyrafy na dwunastocentymetrowych szpilach, ubrane w mini niewidki chodzą stadami, zgarbione, wykręcają dość pokracznie swoje kończyny na nierównym deptaku, aż trafią do miejsca, gdzie chciałby zabawić do rana. Ustawiają się wówczas w kolejce, jak do wodopoju, która wije się przez kilkadziesiąt metrów łącząc z innymi kolejkami do innych wodopojów. Stoją tak nawet ponad godzinę, bowiem Goryle na bramkach, robią porządna selekcję, co by potem żadnych komplikacji w zachowaniu gatunku nie było. W tym czasie, w kolejkach ustawiają się także krokodyle, które zajechały tu swoimi wypaśnymi autami. Krokodyle idą najpierw wolno deptakiem rozglądając się (niby niewinnie) za swoim dzisiejszym łupem lub chcąc po prostu oczy nacieszyć. To wszystko trwa do około piątej nad ranem, kiedy to całe stada rozchodzą się do domów odpoczywać i nabrać sił, by za parę godzin, jak tylko się ściemni, wyruszyć ponownie do Sopotu. W tym czasie od około 5 do 10 rano Sopot śpi, i tylko gdzieniegdzie pojawiają się tzw. niedobitki. A o 10 znowu pojawiają się człeki z rodzinami, spacerujące jeden z drugim, jak te gęsi i zatrzymujące się znienacka, jak święte krowy.

I tak, jak to w naturze bywa, trwa to cały sezon.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Kissiak wydany !

środa, 15 sierpnia 2012 22:44

Na urlopie, a raczej pierwszego dnia, jak tylko zaczęłam urlop i zjechałam do domu rodzinnego, spotkała mnie nie lada niespodzianka! Dostałam na swoje ręce jedyny, niepowtarzalny i bezcenny egzemplarz mojego Kissiakowa! Tak, mój bloog wydany! 210 stron Kissiaka! To jeden z najlepsiejszych prezentów jakie otrzymałam!

Ten wspaniały egzemplarz sprezentowała mi moja Starsza Sis z moim jedynym (jak na razie) i ulubionym w dodatku Szwagrem.

Co tu dużo mówić – pękam z dumy i pięknie jest tak poczytać siebie w wersji książkowej :P

Postanowiłam więc pokazać na Kissiaku tak pięknie wydanego Kissiaka! Oczywiście na zdjęciach. (A jakby ktoś chciał pocztać wersję papierową, to zapraszam na kawę ;) ).

 

PS. Książka zaczyna się od dedykacji. Długo myślałam czy ją zamieścić, czy też nie i zdecydowałam się jedynie na fragment (taki mój wewnętrzny kompromis), gdyż dedykacja jest tak osobista, tak piękna, że łezka mi się w oku kręci za każdym razem, gdy ją czytam. Stwierdziłam więc, że jednak nie mogę się tym podzielić, bo coś z intymności zostać musi.

 

Jeszcze raz dziękuję za tak wspaniałą niespodziankę.

   

 

(…). Czytając głośno kolejny wpis na „kissiakowie”, (…) mój Szacowny Małżonek stwierdził, że trzeba z tego zrobić książkę, bo szkoda byłby, żeby te wpisy gdzieś zginęły. Nie wiem jak mogłoby się to stać, jednakże ta myśl nie dawała mi spokoju. (…).

Tak oto jest „mała kolekcja” sytuacji i zdarzeń, pełnych uczuć i emocji, napisana prze Młodą Kobietę, która śmieszy do Łez, a czasem wzrusza, opisując Wszystkich i Nikogo. (…).

(Fragment Przedmowy w wersji papierowej Kissiakowa)

 


 

Ach... :)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

czwartek, 17 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  50 336  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Ulubione strony

Statystyki

Odwiedziny: 50336

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Facet