Bloog Wirtualna Polska
Są 1 263 873 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Część 3. Tajemnicze zniknięcie.

niedziela, 03 lipca 2011 11:58

Tak jak obiecałam wracam do rodzinnego skalnika i tej nieskomplikowanej, acz tajemniczej dość sprawy zniknięcia, czy też, ośmielę się to powiedzieć wprost – rozboju w biały dzień! Gdy się wprowadziliśmy tu gdzie się wprowadziliśmy, zyskaliśmy spory ogródek, gdyż część mieszkania była na parterze. Tata podszedł do sprawy profesjonalnie i postanowił coś z ziemią zrobić. Wiadomo, że żadnej marchwi sadzić nie będziemy, daremnych ławeczek stawiać też nie będziemy i broń Boże basenów kopać – nie będziemy. Tata miał inny plan. Zacny dość, to przyznać trzeba. Po pierwsze: żywopłot. Po drugie: jarzębinka. Po trzecie: skalnik. I proszę.

Żywopłot posadził tata dookoła ogrodu, by pięknie urósł oraz by żadnego ogrodzenia nie robić. Jednak, po jakimś czasie, sprawdzał tata, czy żywopłot się przyjął. I tak sprawdzał krzaczek po krzaczku, że wyrwał wszystko co posadził i nigdy żeśmy tego żywopłotu nie widzieli… (Tak wiem, boki można zrywać ze śmiechu, ale tak właśnie było :) :) :)  ).

Jarzębinka. Jarzębinkę tata posadził jednocześnie z żywopłotem. Rosło to to takie małe, rosło i rosło. I wyrosło. Jest obecnie ogromniastym drzewem, pięknym, dającym zdrowe owoce i pięknie jesienią wyglądającym z tymi czerwonymi koralami. Sięga na wysokość pierwszego piętra i cały czas rośnie. Jarzębinka – sukces.

Skalnik. Woził tata kamienie na skalnik dość długo. Woził jeszcze maluchem, białym naszym maluchem, który dobrze nam służył, a pod ciężarem tych ogromnych kamieni uginał się mocno. Nanosił się tata, oj nanosił. Nawiózł wreszcie tata kamienie i zaczął je układać. Kamień obok kamienia, kamień na kamieniu, kamień przy kamieniu… Proszę sobie nie myśleć jednak, że były to takie ot zwykłe kamienie pozbierane byle gdzie! O nie! Tata zna się na rzeczy i kamienie wybierał jak smakosz. Z parku krajobrazowego je woził. I by jasność była już pełna, nie były to małe kamienie, tylko dość sporych gabarytów. I tak powstał skalnik dość duży, który kształtem łezkę przypominał, choć trochę skrzywioną z jednej strony. Dziwili się trochę ludzie i dzieci z początku, co też za cuda my tu w ogrodzie wyprawiamy, bo chyba nie znali się na rzeczy. Posadził tata między kamienie roślinki, kwiatki jakieś i bujnie nam to wszytko porosło. Tak bujnie, że nie trzeba było się skalnikiem zajmować, co roku roślinki rosły, kwiatki jakieś kwitły i tak 19 lat zleciało z pięknym skalnikiem w ogrodzie. Niestety nastał dzień sądny, do dziś niezrozumiały przez nikogo. Nie było mnie przy tym niestety, ale gdy zajechałam na weekend do domu od razu poznałam, że czegoś mi brak. I słusznie… skalnik zniknął! Podobno było to tak… Pewnego pięknego dnia przybył na osiedle nowy Pan Dozorca. Nie wiem co miał do naszego ogródka (i pewnie nikt nie wie i się nigdy nie dowie), nie wiem co miał do skalnika, ale kamień po kamieniu, zaczął go najzwyczajniej w świecie rozbierać. Demontował go sobie w najlepsze, gdy nikogo w domu nie było. Wtedy, z tego co wiem, do akcji wkroczyła Pani Sąsiadka, która próbowała ratować skalnik, mówiąc jasno i wyraźnie, że przecież Sąsiad (czyt. mój tata) sam osobiście to swoimi rękoma woził i układał. Dozorca jednak nic z tego do serca swojego nie przyjął, za wygraną nie dał i rozebrał cały skalnik, zabierając kamienie ze sobą. Gdzie, po co i na co – nie wiadomo. Rodzice oniemieli wróciwszy z pracy i zobaczywszy, że nie ma skalnika, że po 19 latach, ktoś go sobie rozebrał i wywiózł, czy Bóg wie co z nim zrobił. I tak oto nastał rozbój w biały dzień, rozebrano pamiętny skalnik z 1992 roku, ku wielkiemu zaskoczeniu moich rodziców i dzielnej obrony Pani Sąsiadki!

Żal mi serce ściska i aż łezka się w oku zakręciła.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Część 2. Kissiak w ogrodzie? A to nowość!

sobota, 02 lipca 2011 19:46

Co do ogrodu, to właśnie od braci mniejszych się zaczęło i stąd też powstał ten cykl i nowe moje „małe hobby”. Kwiaty i ja… Jeszcze miesiąc temu sama bym nie uwierzyła, gdyby mi ktoś powiedział, że to polubię. Ogrodu jako takiego nigdy nie posiadałam. Moja mama też nie zaszczepiła mi drygu do kwiatów, gdyż sama tego, aż tak nie lubi. Bynajmniej nie jest to jej hobby i nigdy nie było. Kwiaty w domu rodzinnym są, nawet kwitnące, pięknie rosną, ale jakoś specjalnie nikt się o nie nie troszczy – ot, zwyczajnie mama je podlewa, a koty podżerają :)  Co do wielkiego ogrodu  – też takowego nie mieliśmy. Tylko ogródek taki, co zwykły bywać przy blokowych mieszkaniach. W ogródku tymże był skalnik. Jak byłam mała to tata posadził na nim jakieś kwiatki i inne roślinki, a potem przez 19 lat jakoś samo to wszystko rosło i dobrze wyglądało. (Niestety nastał rozbój w biały dzień i dnia pewnego bez zgody i po cichu, po wspominanych 19 latach skalnik nam rozebrano ku wielkiemu zaskoczeniu moich rodziców i dzielnej obronie pani sąsiadki – chwała jej za to, że choć próbowała. Ale ta historia innym razem, na pewno ją w tym cyklu opiszę). Wracając jednak do sedna. Podlewając i troszcząc się o braci mniejszych bardzo to polubiłam. Widziałam jakie są wdzięczne i, co stanowi nieodłączny sukces, rosły! Nie padły, nie zmarnowały się, przeżyły! Tak, to niewątpliwie był mój sukces, który sprawił, że powoli zaczęłam przekonywać się do ogrodu i kwiatów kwitnących.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Część 1. Bracia mniejsi

piątek, 01 lipca 2011 22:08

 

Zaczęło się od braci mniejszych… Mianowicie już tłumaczę. Jak tylko pierwsze ciepłe, wiosenne promienie słoneczne ogrzały naszą planetę, w mojej pracy, w ogrodzie rzec można, stanęły niebieskie bratki w dużych donicach. Nie trzeba było im dużo słońca, ale te nie dawało jednak za wygraną i codziennie prażyło coraz mocniej. Bracia mniejsi mdleli każdego dnia, najczęściej o poranku po ciepłej nocy albo w południe. Kochali za to bracia mniejsi wodę, więc zaczęłam ich podlewać regularnie i dość często. Najpierw w dzbanuszku wodę nosiłam, gdyż naczynia większego nie było. Oj, nachodziłam się ja wtedy po tę wodę, nachodziłam… Potem doczekałam się konewki. Prawdziwej, dużej, zielonej konewki! Bracia mniejsi byli uradowani i podnosili się po podlaniu w mgnieniu oka, czekając następnego dnia i zdobiąc otoczenie. Ja na początku bałam się ich ruszać w ogóle, bo nie od dziś wiadomo, że kwiaty kwitnące się mnie nie trzymają. Liściaste owszem. Wszystkie w domu z małych trzy-listnych, ledwo opierzałych rzec można, wyrosły w bujne i ogromne rośliny i zdobią pokoje rozrastając się nadal (już dwa razy je przesadzałam). Kwitnące jakie do tej pory miałam, a było ich ze 4 czy 5 sztuk, padły, uschły i niestety dobiły tak swego żywota. Jednak bracia mniejsi byli inni. Polubiliśmy się. I tak co ranek dawałam im pić, by mogły przetrwać dzień. I wszyscy podziwiali braci za to jak pięknie zdobią Dworek. A ja polubiłam pracę przy kwiatkach widząc, że bracia mniejsi odwdzięczają się za moją troskę  swoim pięknem. Któregoś razu jednak, w godzinę po podlaniu wyszłam na zewnątrz zobaczyć czy już stoją na baczność. Patrzę… nie ma braci! Oczy aż przetarłam i uwierzyć nie mogłam. Jak to??? – pomyślałam - Ktoś ukradł? Buchnął najzwyczajniej w świecie moje bratki!?! ... I wtedy zobaczyłam inne rośliny! Stały w doniczkach na miejscu braci mniejszych. Nie były już takie ładne, nie kwitły, tylko zielone badyle z nich sterczały. Podmieniono nam braci mniejszych na inne kwiaty, które już nie wyglądają tak pięknie, a co gorsza nie są takie przyjazne i miłe. I smutek ogarnął mnie straszny...

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  50 454  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Ulubione strony

Statystyki

Odwiedziny: 50454

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Facet