Bloog Wirtualna Polska
Są 1 272 172 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Ciężarówką być… Cz. 9. Namiot

wtorek, 30 kwietnia 2013 7:51

W tym tygodniu zaczyna się siódmy miesiąc bycia ciężarówką. Więc jedziemy jeszcze trzy i wyładowujemy towar :) Trochę zmienił się już mój środek ciążenia, dzidziulek coraz częściej się wierci, kopie i daje znać, że coś mu albo pasuje, albo nie. Brzuch potrafi zmieniać kształty :) I tak oto miałam już stożek, romb, kwadrat i tym podobne figury geometryczne :) Dzidziulek już słyszy, rozpoznaje głosy, lubi słuchać muzyki, czuje smak, potrafi się wystraszyć i podobno reaguje na światło. Potrafi też nieźle nacisnąć na pęcherz, jelita, przeponę, żołądek i takie tam inne, towarzyszące mu moje narządy. To tak pokrótce, bo oczywiście wpis o czym innym miał być… :)

Bowiem wczoraj pojechaliśmy z Dzielnym Mężem załatwić pilną sprawę, bo bądź, co bądź sprawa to naprawdę ważna była. Dzielny Mąż skwitował ją wieczorem mówiąc do synka (do brzucha oczywiście): "Wiesz kochany, dziś kupiliśmy mamusi namiot na fabryki mleka. Teraz mama ma bardzo wygodnie".

Taaa…to się po prostu nazywa męska delikatność ;) ;) ;) 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Sobotni protest

sobota, 27 kwietnia 2013 8:55

Dlaczego zawsze tak jest, że jak przychodzi weekend, to pada deszcz. Nie żebym narzekała, bo przynajmniej się potem mocno zazieleni, ale dlaczego akurat ma padać zawsze w weekend kiedy z Dzielnym Mężem mamy wolne i możemy sobie odpoczywać na słoneczku, tudzież iść na spacer??? A nawet planowane mycie okien może się nie udać, bo przecież jak myć w deszcz? A jak tu robić wielkie pranie, skoro nie może na słonku wyschnąć? A jak rozstawić już letni stolik i krzesła na balkon, by posiedzieć, wypić kawę i jeść babeczki? No przykrość, po prostu przykrość!

I to nie jest pierwszy raz! Ogłaszam więc pogodzie sobotni protest! 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Dzielny Mąż i elokwencja

wtorek, 23 kwietnia 2013 21:34

Jesteśmy na spacerze. Dzielny Mąż patrzy na budujące się poblisko szeregówki i mówi:

- Popatrz, wolną idą im te prace. Bo tam jest już położone to drewniane, a tam nie jest położone to drewniane. 

...

Ta... i wszystko jasne ;) 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Poniedziałek

poniedziałek, 22 kwietnia 2013 22:59

To był dzień. Nie wiem jak to się dzieje, ale tylko poniedziałki są takimi dniami tygodnia, ze jak coś "nie tak", to tylko w poniedziałek. To chyba dlatego, że po weekendzie większość nie lubi poniedziałków i dlatego one się tak na nas "odgrywają". Już w drodze do pracy widziałam nietęgie miny ludzi w autobusie, które pomimo słonka i nadchodzącej wiosny, nie wykazywały entuzjazmu. „No tak, poniedziałek” – pomyślałam wtedy, ale wrogo nastawiona do niego nie byłam, o nie! Jednak kiedy zaszłam do fotografa zostawić trzy (tak, dokładnie trzy!) zdjęcia do wywołania, przekonałam się i ja, że ten poniedziałek nie będzie moim naj. Najpierw musiałam zmierzyć się z maszyną do wyboru zdjęć, a fotograf był na tyle nieuprzejmy, że naprawdę powinnam go olać i po prostu wyjść. (Ale zależało mi na tych fotkach). Gdy już wybrałam trzy zdjęcia, to okazał się, że maszyna ich nie zapisała i czynność musiałam powtarzać. O zgrozo! Gdy podeszłam z paragonem z maszyny do kasy, Pan dopiero poinformował mnie, że do 6 zdjęć cena jest 1,50 za sztukę, a nie 98 groszy! No skandal, prawda?!? Więc jeszcze raz poszłam do maszyny dobrać kilka innych zdjęć, co by sześć sztuk wyszło, bo przecież przepłacać nie będę! Niby prosta rzecz ta maszyna, ale trochę techniki i się człowiek gubi :P. Potem jakoś dowlekłam się do kolejki, choć zmęczona już byłam, bo przecież nastałam się u tego fotografa. 

Dzień minął dość miło, więc o incydencie zapomniałam. Jednak poniedziałek nie zapomniał się przypomnieć. Idąc do domu, zaszłam najpierw do apteki receptę wykupić. I co oczywiście usłyszałam? Że akurat ten lek się dziś skończył! No nerw mnie szarpnął straszny, ale trudno się mówi. Poszłam dalej sprawy załatwiać. Zaszłam do bankomatu 10 zł wyjąć (jest taki jeden co takie grosiki wydaje :) ). I co oczywiście? Nie ma, bo nominały się skończyły. Dobra, myślę sobie, wezmę dwie dychy. I co? Nie ma! Idę do drugiego bankomatu. 20 zł proszę, i co? Nie wydaje! Pięćdziesiątki tylko! Za wygraną nie dam, pięćdziesiątka to dużo za dużo! Idę więc do trzeciego… To samo!!! Łzy mi przed oczami stanęły ze złości, a na domiar złego wejście bliższe do kolejki zamknęli i przez pół Sopotu drałować musiałam, by się w ogóle dostać na peron! Skandal! Do Dzielnego Męża zadzwoniłam, pokrzyczałam trochę do słuchawki i mi złość przeszła. A to jeszcze nic! Najgorsze zaczęło się w kolejce. Siedzę sobie, słonko świeci, już o bankomatowym incydencie zapomniałam, a tu naprzeciwko usiadł jakiś facet. Jedziemy, jedziemy, a on nagle jak nie zacznie w nosie dłubać! Naprawdę, naprawdę starałam się nie patrzeć, ale gdy „babuna” wyciągnął i strzepnął, na wymioty mnie pociągnęło! No wypraszam sobie, ale jednej rzeczy nie zdzierżę i to właśnie jest dłubanie w nosie!!! Wzdrygnęłam się i obcięłam go wzrokiem, aż dziwnie na mnie popatrzył. Myślę, dobrze ci tak, zawstydź się! Ale gdzie tam! Kopalnie odkrywkową znalazł! Krzyczeć mi się chciało i zła jestem na siebie, że tyle odwagi nie mam, by mu uwagę zwrócić. Mój głos wewnętrzny darł się w niebogłosy na niego, ale głowa i tak odwrócona była w szybę, by nie patrzeć! Co za koszmar! K O S Z M A R ! Jak tak można!?! Czy ludzie myślą, że tego nie widać!?! Ohyda! Słów mi brak na takie zachowanie! Aż teraz dreszcz mnie przechodzi pisząc to wszystko! 

I na koniec dodam tylko, że dobrze, że już jutro wtorek! ;)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Wpis mało skromny, czyli o bezowym geniuszu kulinarnym słów kilka

niedziela, 14 kwietnia 2013 20:40

Otóż podobno o geniuszu kulinarnym można mówić, gdy się bezy upiecze. A bezy, jak wiadomo rzecz nie byle jaka, nie łatwa i w ogóle wydawało mi się, dość nieosiągalna, a niby banalna w swoim wykonaniu i pieczeniu.

Tak oto wiedziona, nie od dziś wiadomo, że raczej niezawodną intuicją, siedząc wczoraj w domu, wydumałam, że chyba przyszła pora na zmagania kulinarne bezami zwane.

Poszperawszy w Internecie, znalazłszy na jednej z kulinarnych stron przepis dość prosty, obliczywszy koszt straconych (jakby co oczywiście) składników, przeliczywszy to na stracone (jakby co oczywiście) koszty pracy, wkład własny i prąd zużyty oraz rozważywszy na koniec wszystkie alternatywne za i przeciw, postanowiłam spróbować swoich sił.

Bo otóż nie od dziś wiadomo, że bezy uwielbiam. Gdyż będąc jeszcze małą dziewczynką pamiętam wyprawy do jednego sklepiku, a raczej budki z pieczywem, gdzie pracowała bardzo miła Pani (mam ją wyraźnie przed oczami) i oprócz bułek, chleba i innych takich wypieków (których nie pamiętam, tego chleba i bułek też nie pamiętam, ale wiem, że były), miała bezy. I tylko te bezy pamiętam! Wielkie bezy, przysmak mój ulubiony, ciągnące się w środku i kruche na zewnątrz. Już potem nie jadłam takich nigdzie, a w dzisiejszych czasach to pomarzyć tylko o nich można, bo nie spotykane to jest zjawisko. Owszem bezy są niemal w każdej piekarnio-ciastkarni, ale to ani ten smak, ani zapach i po prostu to nie te bezy! Teraz nie ma już sklepiku, nie ma tych bez, i tylko obraz miłej Pani z jej uśmiechem w mej pamięci pozostał. Swoją drogą, jak wspaniale mieć takie wspomnienie z dzieciństwa :)

Ale wspomnienie wspomnieniem, wrócić czas do dnia wczorajszego. Otóż zabrałam się do pracy. Zrobienie, tzn. ubicie piany banalnym się okazało. Nałożenie na blachę także. (Jakie piękne kształty mi wyszły!). Czas na pieczenie nastał. Nie pieczenie zresztą, bądźmy profesjonalni :), a suszenie. Bo bezy się suszy przecież! I tu moja rola się skończyła, bo robił to piekarnik oczywiście :) Koniec końców, po dwóch godzinach suszenia (!), efekt powalił mnie z nóg. Bezy wyszły cudne i smaczne, a wręcz przepyszne. Kruche na zewnątrz, lekko ciągnące w środku. Bezy z dzieciństwa! Takie OCH i ACH. Dumna jestem z nich i z siebie jak paw! (Taka skromność wrodzona :P ). A i honor rodziny przy okazji uratowałam, gdyż tata niegdyś pamiętne bezy za czasów swego dzieciństwa robił, co i bezy jak kamyki mu wyszły, a i blaszki bodajże uratować się nie dało :)

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

sobota, 18 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  51 653  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
2930     

Ulubione strony

Statystyki

Odwiedziny: 51653

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Facet