Bloog Wirtualna Polska
Są 1 263 873 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Mamą być... W sklepie obuwniczym, czyli prawdziwa historia o urokach macierzyństwa.

niedziela, 29 marca 2015 14:04

Nastała wiosna (przynajmniej z założenia :P), więc synkowe zimowe obuwie wołało o pomstę do nieba. Niania też już wołała o pomstę do nas, że buciki trzeba Bąbelkowi zmienić. Dobrze, nadszedł ten czas - czas wyprawy po buty. Zadanie to niełatwe, gdyż ponieważ, synkowe stópki mają wysokie podbicie i znalezienie butów, w które te stópki by weszły, graniczy z cudem. Ponadto, żeby to było takie łatwe jak u dorosłego, że kupił buty i sobie nosi ile mu się podoba, albo też, ile czasu buty wytrzymają :) Nie! W tym przypadku, człowiek ma świadomość, że szuka bucików na 2 (góra 3) miesiące, bo potem będą po prostu za małe. Ot, cała filozofia :)

 

Sklep pierwszy.

Ludzi dużo, dzieci jeszcze więcej, w końcu coraz cieplej (z założenia :P) ma być na świecie. Pięć regałów dziecięcego obuwia. Do wyboru, do koloru, w końcu XXI wiek mamy (no ale i tak, jak nie patrzeć, najwięcej różowych). Patrzę, szukam, przeglądam. W pewnym momencie nie wierzę! Rozmiary niby pełne: 19, 20, 21, 22, 24, 25... itp... Ale chwila, gdzie w tych wszystkich parach rozmiar 23? Tak, tego właśnie szukamy, a gdzie nie spojrzeć, 23 nie ma. Jakby taśma produkcyjna po prostu pominęła ten numer. Idę do Pani Sprzedawczyni. Pani patrzy: "Och, rzeczywiście, już 23 nie ma". "Już nie ma?!?" - krzyczy moje wewnętrzne ja, ale te zewnętrzne odpowiada:

- Chciałam zauważyć, że tu nie ma żadnych 23 - mówię.

- No tak - odpowiada Pani Sprzedawczyni spokojnie, jakby to norma była, po czym uśmiecha się i sobie idzie.

Czyli wszystkie dzieci 23 noszą?!? "Spokojnie - powtarzam sobie - cierpliwość jest cnotą". (Nie moją oczywiście :P). Ale jak tu być spokojnym (???), gdy z Bąblem zakupy mają być szybkie, bo Bąbel lata między półkami, mierzyć chce wszystko co mu popadnie w rączki, potem woła "iść!", ucieka do wyjścia i tak w kółko... Butów z wysokim podbiciem nie ma, nie dość że nie ma takich, to jeszcze nie ma rozmiaru nawet żeby jakikolwiek zmierzyć! Znalazłam w końcu bucik idealny, taki sam (no, kolor inny), jaki miał Bąbel w zeszłym roku na sezon jesienny. Pani Sprzedawczyni sprawdziła w bazie. W całym 3-mieście jedna para tego rozmiaru się ostała i to dane były z wczoraj, i to w Gdyni! O nie, nie, nie... "Spokój, najważniejszy jest spokój" - powtarzam sobie w głowie. W końcu, moje chytre oko wypatruje trzy jakiekolwiek pary bucików o rozmiarze 23! Jedyne trzy pary w tym rozmiarze w sklepie, gdzie butów setki stoją! Więc biorę. Łapię Bąbla, ten w krzyk. Trudno, na mnie to nie działa. Sadzam, mierzę... Jedna para... noga nie weszła, druga para... to samo, trzecia... O! Postęp, noga wciśnięta! Ale przecież nie mogę kupić dziecku butów sportowych, wiosennych, co by mu nogę WCISKAĆ! "Aaa!!!" - woła moje wewnętrzne ja."Iść, iść, iść!!! - woła Bąbel i pod wpływem sekundy mojej nieuwagi ucieka na skarpetkach do wyjścia. Taaa... spokój , spokój, spokój...

 

Sklep numer DWA!

Nie bez ogólnych trudności, ale w końcu znaleźliśmy się w sklepie numer dwa. Ten sklep jednak przewagę ma nad sklepem numer jeden, bo w kąciku dla dzieci umiejscowiony jest TV i puszczane są bajki. Szkoda tylko, że to wszystko znajduje się na samym końcu sklepu, a tam przecież trzeba dojść! A żeby tam dojść, mija się po drodze mnóstwo półek z obuwiem damskim/męskim, co przecież Bąbelkowi najbardziej odpowiada, bo pobiegać można i pomierzyć wszystko w zasięgu rączek! U wejścia biorę więc Bąbla pod pachę, rozlega się głośne: "Ja śam, ja śam, ja śam", ale matka nie ma chęci w tym momencie na negocjacje i mkniemy do przodu! Ale co to? Nie, nie nie... W kąciku dla dzieci całe przedszkole! Wszyscy siedzą i oglądają bajki, a rodzice lookają dookoła i tylko pary do mierzenia przynoszą! Dookoła mnóstwo butów. Nowe i te zdjęte z dziecięcych stóp... Do tego kurtki, czapki itp, bo przecież dziecko rozebrać trzeba, co by się nie zgrzało. Ogólnie: kosmos! No ale wyjścia nie ma, trzeba się do tłumu przyłączyć. Puszczam Bąbelka wolno. Ten idzie, patrzy na dzieci, po czym ostatnie miejsce wolne pomiędzy dwoma dziewczynkami z przodu zobaczył i już się gramoli na tę pufę swoją szanowną pupencją! I proszę! Siedzi zadowolony, szczerzy zębiska i zerka to na jedną, to na drugą dziewczynkę! Ot, co! Dobra, chwilę trzeba wykorzystać. W mgnieniu oka ogarniam stan półek (tak, takie umiejętności nabywa się będąc rodzicem). Widzę, że z rozmiarem 23 trochę lepiej niż w poprzednim sklepie. Kilka par odpada od razu, bo na pierwszy rzut oka widzę, że podpicie synkowe za wysokie jest do nich. Jednak wybieram też kilka innych i przeciskam się do swojego dziecka. Byle tylko stóp nie pomylić i komuś innemu na nogę butów nie wciskać :) Pierwsze nie... drugie też nie... trzecie? (zgadnijcie sami :P). Syn już się nudzi... chce iść. Kucam, coś zagaduję, mój mózg pracuje na najwyższych obrotach. Dookoła migają rodzice. Przynoszą, odnoszą, jedni jeszcze z energią, drudzy już obojętni. Z dziećmi nie ma kontaktu. Dzieci siedzą i oglądają bajkę. Czasem któryś gdzieś się pokręci, bo przecież trudno w miejscu usiedzieć :P Koło mnie kobieta. W kuckach, jak ja, bo przecież buty dzieciom nakładamy. Ona ma dwie dziewczynki, do jednej mówi:

- To bierzemy te?

Cisza.

- Czy będziesz te nosić? Podobają ci się?

Cisza. Patrzę na nią i na dziewczynkę zaślepioną w TV. Brak reakcji. Już chce mi się śmiać. Na twarzy kobiety widać, jak przelatują jej myśli: spokój, spokój, spokój. Oddycha. Głośno, jakby przy porodzie. Wdech-wydech... Po raz wtóry pyta naprawdę spokojnie:

- Czy będziesz te nosić? Podobają ci się?

Nadal cisza.

- Bo jak je kupimy, to będziesz musiała je nosić. Podobają ci się? Czy ty mnie słyszysz?

- Yyhy... - mruczy dziewczynka.

Kobieta nie wie, czy "yhy" było a'propos butów, a'propos słyszenia, czy a'propos bajki... Wybucham śmiechem. Kobieta widząc moją reakcję też. Co robić? Tylko w ten sposób najlepiej odreagować. Choć jej śmiech graniczy trochę ze łzami. Mój już chyba też, bo właśnie Bąbel uciekł... "Śam! Iść!" i już gdzieś pognał. Na skarpetkach... Nadal kucam, nie ogarniam...zbieram myśli, zbieram spokój... I... mój wzrok nagle pada na kolejną półkę na przeciwko... Są! Te będą dobre! Widzę z daleka. Oczy matki wszystko w końcu wypatrzą. I już sięgając po nie wiem... że te to będą TE! Łapię Bąbla. Kobieta, powoli dogaduje się z córką. Dookoła nadal kosmos! Wszędzie dzieci, buty, rodzice... Już nie wiadomo kto, co, dlaczego... Gwarno, tłoczno, jak na rynku :) Mierzymy... TAK! TAK! TAK! Mówię Dzielnemu Mężowi, by brał Bąbla, buty i szedł do kasy.

- A ty? - pyta.

- Ja? Ja zaraz dołączę.

Odchodzą. Wyczerpana, ale z zachowanym spokojem (nadal), nadal w kuckach, mam ochotę się już nie ruszać, tylko, jak te dzieci opaść na pufę/ podłogę i gapić się w ten TV... Podnoszę się resztkami sił. Jeszcze raz ogarniam wzrokiem sytuację i kieruję się do wyjścia... Czuję się jakbym właśnie wygrała bitwę.

 

O tak! To są prawdziwe uroki macierzyństwa. 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Mamą być... TIR

piątek, 27 marca 2015 23:08

Poranek. Bąbelek przychodzi do mnie ze swoją tablicą do rysowania.

- Mama, tihr...

- Narysować TIRa? - pytam.

-Taaa - odpowiada zadowolony, jak zawsze, gdy się go dokładne zrozumie.

Matka rysuje. Zadowolenie na twarzy syna. Jednak zaraz ściera rysunek i idzie do taty.

- Tata, tihrrr...

- Narysować?

- Taaa!

Tata rysuje, na co syn:

- Beee!!!

Biegnie do mnie z powortem:

- Mama tihrrr....

Hahaha! Się uśmiałam :) I kto tu ma zdolności artystyczne? :P

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Porażka ;)

czwartek, 26 marca 2015 21:18

Kissiak zużywa rajstopki w zastraszającym tempie. W poniedziałek na przykład dwie pary jednego dnia :) :P Pierwsza - na sam początek, jeszcze z rana, tuż przed wyjściem, druga pod koniec :) Tak na szczęście wszystko oczywiście, bo jak inaczej takie lecące oczka wytłumaczyć :P No chyba, że spotkane ludziska tak swoimi oczętami świdrują kissiakowe nogi, że niby przypadkiem zerkną tylko, a koniec końców zaciągnięcia powstają i te oczka od tych wzroków ulicznych lecą ;) (Tak, tak Kissiakowa skromność się odzywa :P). Dzielny Mąż powtarza, że jeszcze trochę to na rajstopach zbankrutujemy... Ha, ha, ha bardzo śmieszne! Ja się jakoś do jego skarpetek nie czepiam!

Kissiak musiał jednak uzupełnić zapasy, co by dnia nie doczekał, że rankiem tragedia (!) -  nie ma co założyć :P Kupił Kissiak co trzeba, ale wychodząc z jednego sklepu, drugi zauważył, więc na szybko zapas jeszcze większy zrobił, bo intuicja mu kazała, powtarzając, że nie zna się dnia i godziny, kiedy oczko w rajstopie pójść może.

W dodatku, po drodze z tym wszystkim macierzyńską porażkę Kissiak poniósł! Wychodzimy bowiem z tego sklepu, 4 stopnie C, zimno, bo to już wieczór, wracać szybko trzeba, bo czas kąpieli Bąbelka, idziemy do auta, ale coś tak patrzę na tego synka i coś mi nie pasuje. Patrzę, patrzę... a on bez czapki! Co za matka ze mnie! No czad! Kaptur na głowę zarzuciłam (Bąbelkową oczywiście) i biegiem do samochodu! No ale na szczęście, Niania go hartuje (cichcem, co byśmy nawet z Dzielnym Mężem nie widzieli :)), więc odpukać, nic się nie stało.

Ale porażka i tak poniesiona została, bowiem wracając do kwestii rajstop, otwiera Kissiak w domu jedne z tych co kupił i oczom nie wierzy! Czyta głośno: "bezpalcowe".  Że jakie przepraszam?!? Patrzy Kissiak, patrzy i pada ze śmiechu, bo tam rzeczywiście zaszycia nie ma, tylko dziura na paluszki, co by je sobie tak z rajstopy wystawić! No porażka, bo nawet jak ma się buciki bez paluszków, to przecież okropnie to wygląda, jak są odkryte paluszki, a na górze rajstopa! Nie, to nawet nie okropne, to po prostu nie wygląda! Kissiak przez cały wieczór "z podziwu" wyjść nie mógł.

Dobrze, że intuicja Kissiaka poprowadziła do tego drugiego sklepu, bo gdyby nie to, to porażka byłaby porażką do kwadratu, a tego już Kissiak by nie zdzierżył :P

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Niedzielne rady kissiakowej matki

wtorek, 17 marca 2015 23:10

Niedziela wieczór. Kończę rozmowę telefoniczną z mamą. Jak to przy "zwykłej" rozmowie, mówię, że to i to zrobiłam, ale jeszcze czeka mnie to, to i to. Na co moja mama:

- Za dużo się nie przepracowuj, bo nie warto.

 

To co zrobił Kissiak? Wziął matczyne rady do serca (mamy trzeba przecież słuchać ;) ) i... nie zrobił już nic :P... Cóż... Uwielbiam swoją mamę :)

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

PKM Jasień. Sobotnie popołudnie.

sobota, 14 marca 2015 19:37

O 17:00 udało się nam wyjść. Jak na sobotę taką jak dziś, to całkiem nieźle. Narzekać nie ma co, a spacer dobrze nam zrobił. Razem i każdemu z osobna. Czasem trzeba po prostu wyjść z domu. Inaczej myśli się na powietrzu. 

 

 

IMG_pkm jasien.jpg

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  50 465  

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Ulubione strony

Statystyki

Odwiedziny: 50465

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Facet