Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 171 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Na koniec roku...

środa, 30 grudnia 2015 20:24

Wczoraj kolega do mnie mówi: weź już coś napisz na bloogu, bo dość czytania mam tego ostatniego wpisu, tego samozachwytu… :P (no cóż… Ostatnio nawet zostałam zapytana „czy ta skromność to wrodzona czy nabyta?” :P Pewnie, że wrodzona!).

 

No dobra, napisać trzeba/warto/ chcę. Dlaczego nie wychodzi? Bo cały czas goni czas ;)

 

***

Na koniec roku można zrobić podsumowanie. Można. Nigdy tego nie robiłam. Nie miałam potrzeby, nie chciałam, nie lubiłam. Jak będzie tym razem? Cóż… niektóre rzeczy się zmieniają, nawet w nas samych, dzieją się. Dojrzewamy? Doświadczamy? Inaczej spostrzegamy? Inaczej myślimy? Zwał, jak zwał. Kończę, bo znowu rozprawa zaczyna się robić :P

 

Można napisać postanowienia na następny rok. Można. Też tego nie robiłam. Dlaczego? Nie miałam potrzeby, nie chciałam, nie lubiłam. A może dlatego, że kojarzyło mi się to z kilkoma, które się słyszy. Po pierwsze „schudnę”. To nie dla mnie :). Po drugie „rzucę palenie”. Nie palę, więc też odpada :) Po trzecie – zacznę ćwiczyć… Kissiak i ćwiczenia – przepaść, daleki postęp technologiczno-wykonawczy. Wystarczy pracowy „dupfit” :) Po czwarte: postanowienia noworoczne są raczej z reguły niedotrzymywane i skazane na porażkę. Raczej powtarzam. Są dla samego bycia. Bo trzeba/ bo każdy/ bo tak już jest/ bo modnie/ bo taka „tradycja”. Czy ja w tym roku jakieś będę miała? Hmm…

 

Nie lubię końca roku. Nie lubię przejścia z wielkim hukiem na Nowy Rok. Nie ma radykalnej zmiany. Tak jak po maju przychodzi czerwiec, tu po grudniu przychodzi styczeń. Ok, zgodzę się, że zmiana daty, że można coś sobie założyć, że coś się kończy, a jakiś etap we wszechświecie się zaczyna. Ale nie radykalnie.

 

Choć rzeczywiście, trudno zaprzeczyć, że 2015 był dla mnie przełomowy. Mocno. Był też dojrzały. Rozwojowy. Wraz z nim rozpoczęłam, już teraz mogę to powiedzieć, jakiś nowy etap w życiu. Po okresie roku macierzyństwa, zaczęłam nową pracę. I tak się potoczyło… I trwam ;) I chcę trwać ;)

I chcę by było jeszcze bardziej zwariowanie niż przez ten rok.

 

Jedno mogę stwierdzić. Nie wiem kiedy ten rok zleciał. I nie mówię tego, tak, jak większość z nas. Ja naprawdę nie wiem. Ledwo był styczeń i wielka niewiadoma. A potem jak ruszyła machina… tak mamy dziś przedostatni dzień roku… A gdzieś tam przecież był marzec, urywek czerwca, okres wakacyjno-urlopowy, październik… i już praktycznie jest styczeń. A niby 365 dni… Pstryk! I już!

 

Pewnie, że gdzieś tam się „boję”. Każdy ma jakieś obawy przed nowym. W zeszłym roku czułam w kościach, że 2015 będzie rokiem rozwoju. Jak „dynamit” – wielki wybuch, eksplozja pod każdym aspektem. Że będę szła do przodu. I tak się stało. Mega energia. Nowe możliwości, nadarzające się szanse. Bo chcę, bo wiem, że mogę. Bo kto mi pokazał, że mogę. Bo mam moc :)

2016 jaki będzie? Niech po prostu dalej prze do przodu z nowymi możliwościami, szansami, okazjami, wybuchami, energią. Jeszcze więcej i mocniej. Teraz jest na to czas.

 

To też będzie ważny czas nie tylko po względem rozwoju. Kilka „okazji” okrągłych i rodzinnych. Myślę że może się dziać. Niech więc trwa i niech przychodzi. Czekam z otwartością.  

 

Ale wracając, jeszcze jedno dotyczące 2015. Nie mogę nie wspomnieć. Ludzie. Nowe znajomości, przyjaźnie, te już odkryte i te odkrywane. Poznałam wielu wspaniałych ludzi. Szalonych, spokojnych, inteligentnych, mniej lub bardziej zakręconych. W gruncie rzeczy chyba nadal się poznajemy. Obyśmy mogli poznawać się dalej. I trwać. Tak myślę. Trwać, bo przyjaźnie są ważne.

 

Ktoś pomyśli: a gdzie rodzina? Dzielny Mąż? Bąbelek? Gdzie w tym wszystkim? Są! Nie martwcie się. Będą zawsze. Zawsze no 1. I dlatego nie wspominam. Bo nie muszę. Bo choć trochę prywatności chcę. Oni wiedzą. I ja wiem :)

 

 

No dobra, nie oszukujmy się więcej. Nastąpiło coś, co ktoś może nazwać podsumowaniem roku. Ale ja nie. To ułożenie myśl ;) A że akurat dzisiaj? Cóż, tak akurat traf chciał ;)

Ale skoro złamano pewne kissiakowe konwencje, na koniec „morał” :P (to naprawdę nie są żadne postanowienia):

 

Życzę sobie gnać dalej i mieć dalej moc. Ale myślę (mam nadzieję), że wśród takich ludzi, z takimi ludźmi, w takich warunkach, z taką wytrwałością, uporem, chęciami i ogólnie mną :) oraz TAKIM wsparciem i wyrozumiałością Dzielnego Męża dla mojego… nazwijmy to… ADHD, będzie po prostu dobrze :)

 

oraz...

Książki. Więcej czasu dla książki.

Zdjęcia. Nie zapominać, że aparat jest jednym z najsuperniejszych wynalazków ;)

 

I tyle. Tak na koniec roku.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Myśli ulotne...

czwartek, 17 grudnia 2015 9:50

Codziennie budzę się piękniejsza, ale dziś to już przesadziłam...

Fakt: dziś już przesadziłam :P 

...ach...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Jasna sprawa, że się dowie… czyli jak Kissiak dziś zaszalał i co będzie jeśli …

wtorek, 08 grudnia 2015 23:44

Przypadkowo, zupełnie po drodze i tylko na chwilę zachodzę do mojego ulubionego sklepu z rajstopami. Poza tym deal w tym był, bo przecież nawet ja nie wyobrażam sobie, że można zrobić dziurę w rajstopach 80 den… No ale można. Zdolny ten Kissiak niesłychanie, cholera :/

Zachodzę więc po czarne klasyczne 80 den. Panie już mnie kojarzą, cuda w sklepie mają, więc raz na jakiś czas sklep odwiedzam… Oczywiście Pani proponuje z mojej firmy No1. Ale tym razem decyduję się na firmę No 2, także już mi znaną i także cuda robiącą. No ale stoję dalej i się rozglądam. Pani nieśmiało mówi:

- Mam coś dla Pani…

- Wiedziałam! – odpowiadam i czekam co mi Pani pokaże.

Pokazuje. Mózg mi paruje. Się uśmiecham, nic nie mówię, ale Pani już wie… Widzi ten błysk w kissiakowym oku. Ja też już wiem, ale nie chcę przyznać, że bez nich nie wyjdę!

- Pakować – mówi Pani nawet nie pytająco, ale już twierdząco.

Taaa…. Nadal nic nie mówię, tylko kiwam głową… Taaakich pończoch to jeszcze nie miałam. Już były różne, rozmaite, przepiękne i cudowne, ale te… te są nazbyt rewelacyjne…

Płacę i wychodzę. „Dzielny Mąż mnie zabije jeśli się dowie, że znowu kupiłam – myślę sobie, a moje myśli biją się dalej ze sobą - Może się nie dowie… Jasna sprawa, że się dowie… mamy wspólne konto. Może się nie dopatrzy… Ale przecież ma powiadomienia sms, że transakcja dokonana… Może przemilczy… Może nie zauważy… Kiedyś się nie dopatrzył :) Albo przemilczał... Może nie zobaczy smsa (to większe prawdopodobieństwo). A jeśli się jednak dowie?” … W tym momencie przypomina mi się scena z disney'owskiej bajki Herkules:

„- Jeśli się Hades dowie…

- Jasna sprawa, że się dowie, przecież…

- Uwaga! JEŚLI się Hades dowie!

- Jeśli - to dobre słowo!”.

Więc zostańmy przy tej wersji: JEŚLI…

Ciii…

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Znów zaczęłam wierzyć, że są dobrzy ludzie na świecie...

niedziela, 06 grudnia 2015 17:07

A było to tak…

Tylko przekroczyłam próg firmy, telefon:

- Paczka nie dotarła.

Że co proszę? Jak to nie dotarła, skoro miała dotrzeć wczoraj, a dzisiaj już jest dzisiaj i paczki nie ma? Kurier odebrał, adres się zgadza, wszystko się zgadza, niemożliwe! Dzwonię na infolinię kurierską. Konsultant zgłasza się po 3 minutach oczekiwania (zwykle trwa to do dziesięciu). Szczęście?

Po sprawnym wytłumaczeniu o co mi biega, konsultant ze stoickim spokojem odpowiada, że paczka nie poszła do Krakowa, a do zupełnej innej miejscowości. Nogi się pode mną uginają (bo paczka ma być w Krakowie, bo niezbędna jest by tam pracę zacząć, a jak jej nie będzie, to nic nie ruszy i koniec świata, katastrofa, ale taka myśl nawet mi przez głowę nie przeszła, że może jej nie być w tym mieście, a w innym może ona być), więc nogi się pode mną w tym momencie uginają, bladość następuje, już chcę padać, mdleć i ogólnie cokolwiek innego widowiskowego zdziałać (chociaż to rozmowa telefoniczna) –  i ponadto siedziałam :P – ale w tym momencie konsultant, nadal ze stoickim spokojem dodaje, że sortownia w tej miejscowości wczoraj się pokapowała i paczkę do sortowni w Krakowie odesłała.  

Ok. Żyję, nie zeszłam, jesteśmy na dobrej drodze! Krzyczę więc do tej słuchawki swoje myśli:

- I co ja teraz mam zrobić? Czy taksówka z sortowni może tę paczkę odebrać, czy jak ja mam teraz zrobić, by za najpóźniej godzinę paczka była już na miejscu?!?!?!?!? Panie, ja jestem w Gdyni, paczka jest w Krakowie, ja ją mam mieć w hotelu w centrum Krakowa już! Katastrofa proszę Pana.

Konsultant ostoja spokoju prosi o zostanie na linii po czym dzwoni do sortowni w Krakowie.

Mój mózg paruje.

- No niestety nie udało mi się połączyć z sortownią – mówi konsultant.  (Że jak?!? – krzyczy moje wewnętrzne ja). Ale odbiór paczek jest od 10:00 i myślę, że będzie mogła ją taksówka odebrać.

W tym momencie mój mózg analizuje za, przeciw, opcję A i opcję B, co robić, co robić, co robić…. Moje ułamkowo-sekundowe myślenie zostaje przerwane przez Pana ostoję spokoju:

- Ale ma Pani szczęście!

(Krzyknął jakbym wygrała na loterii! Aż się wzdrygnęłam!).

- Widzę, że właśnie kurier załadował paczkę na samochód, więc dziś ją dostarczy. Oto numer do kuriera: Pan Z. xxx xxx xxx. Proszę zadzwonić i się dowiedzieć, o której dowiezie Pani paczkę. Czy w czymś jeszcze możemy pomóc?

 

***

 

Dzwonię do Pana Z. W ułamku sekundy tłumaczę mu o co biega, o co chodzi. Nie obiecuje, ale się postara. Odkładam słuchawkę. Myślę. 30 sekund. Nie, coś nie daje mi spokoju. Dzwonię ponownie.

- Ale Pan nie rozumie. Proszę ślicznie, ja muszę na 10:00 ją mieć dostarczoną, tę paczkę. Czy ja mogę ją na ekspres przerobić, czy jak, żeby Pan ją w pierwszej kolejności???

Pan Z. mówi, że nie mogę już nic zrobić. Że ma dwa ekspresy, jeszcze jest na sortowni, że się postara, ale nie wie, w końcu trochę wkurzony już staje się niemiły. Ja jestem trochę miła, trochę niemiła, zależy co w którym momencie mu mówię. Moje myśli buzują, czas leci, zostało 40 min do 10:00. W końcu zmiana postawy – działamy na kota ze Shreka (chociaż przez telefon). Tłumaczę mu szczegółowo błagająco-rozpaczliwym głosem o co chodzi dokładnie kilka razy podkreślając, że szef mnie po prostu zabije, co ja szefowi powiem, jak w ogóle się wytłumaczę i ogólnie koniec wszystkiego będzie. (Rozpacz w głosie). Pan Z. mówi, że zależy to od korków, ale zaraz wyrusza. Cóż mam zrobić? Muszę uwierzyć. Wierzę. Dziękuję. Opadam na firmową pufę i czekam (wierząc), że kurier mnie nie zbył, a powiedział prawdę.

Mija najdłuższe pół godziny… W końcu o 10:00 dostaję sms, że paczka dotarła. Uff... Udało się. Tak! Ani razu nie wątpiłam. Czułam. W końcu... nie od dziś wiemy, że rzeczy niemożliwe załatwiam od ręki...Po coś tu jestem :P

Myślę o Panu Z.. Panie Z. - dziękuję! (Choć Pan pewnie tego nie przeczyta).

Znów zaczynam wierzyć, że są dobrzy ludzie na świecie...

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Kissiak u lekarza

piątek, 04 grudnia 2015 10:15

Przychodzi Kissiak do lekarza... Taaa już się zaczyna jak dobry żart. Przychodzi więc Kissiak do lekarza na kontrolę. Jednak że Kissiak musiał teraz kontrolę odbyć, a kissiakowy lekarz nie miał wizyt już w tym roku, to Kissiak zapisał sie do innego lekarza. Więc pojechał. Czeka, czeka i czeka, i myśli sobie, że co jak co, ale cierpliwości to Kissiaka rodzice NIE NAUCZYLI! Bo czeka Kissiak i szlak go trafia (a że czeka 5 minut już, a do wizyty jeszcze 10 zostało) to wariuje. I tak nóżkami przebiera, siedzi skacząc jakby co najmniej sprężynkę w tyłeczku miał i tak myśli, że czy to lekarz, ZUS, kolejka w sklepie spożywczym, w mięsnym, na poczcie, czy gdziekolwiek jeszcze, to Kissiak tak się denerwuje, że to chore jest. („Cierpliwość jest cnotą” – po raz kolejny słyszy Kissiak swoje drugie JA. „Nie moją” – odpowiada pierwsze JA Kissiaka). Dalej się denerwuję. A wie Kissiak, że powodu nie ma. Ani się nie spieszy, ani opóźnienia nie ma, ani nawet kolejki. Chore, naprawdę chore. Nagle obok drzwi gabinetu przechodzi młody mężczyzna. „Nie, nie, nie” – myśli Kissiak. Ale jednak tak – otwiera drzwi, wchodzi, a po chwili wygląda i mówi:
- Pani Katarzyna?
(„O fuck! Taki młody! Toż sobie Kissiak los zgotowałeś! Głupi Kissiak”).
Idę. Uśmiech – uśmiech. Lekarz mój :) Tylko… pomimo tego, jednak będę się tu zaraz rozbierać…

- Proszę usiąść. Co Panią sprowadza?

(Matko! On pyta? Mój nie pytał, milczał, nie mówił, trzeba było samemu, a tu proszę, rozmowa się zapowiada i to całkiem niezła). Zaczyna więc Kissiak potok słów. Całkiem nieźle. Kissiak w żywiole. Się wyluzował. Nawet się pośmiał. Lekarz też. Luz blues.

Wywiad. Sto pytań do… Długa rozmowa ja –lekarz. Ciekawe doświadczenie. Do tej pory szybko – szybko, a tu całkiem inaczej. W końcu nadszedł TEN moment. „Rachu- ciahu i po strachu” – myśli Kissiak. Wdrapał się na fotel. (Czyż to nie okropne, że my kobiety musimy na takie potworne narzędzia się wdrapywać? Nie cierpię. Nie znoszę. Więc jak zwykle patrzę w sufit). „Szybko, szybko, szybko i już” – myślę sobie. Ale… gdzie tam!

- Niżej – prosi lekarz. – Jeszcze niżej… Jeszcze…

- Jeszcze bardziej??? – pytam z myślą, że zaraz to już spadnę.

- Tak, jeszcze bardziej - odpowiada ostoja spokoju.

- Ach…

Opadłam. „Raz i dwa, raz i dwa” - liczę w myślach, ale… zaraz, zaraz! Ktoś mi tu nawija… To do mnie?!? No tak, zamyślić się nie można ,bo traf chciał na lekarza, który umie mówić, ba! który mówi duuuużo, wieeeele, zbyt wiele. I to ma rozładować napięcie?!?

- Macica jak piłka!

„Że co proszę?!? To do mnie?!? Że jak??? Że ja? Że u mnie? Nikt mi tak nie mówił! I co ja mam teraz? Cieszyć się, czy jak?”.

- Okrągła jak piłka!

„Boże!”.

- Boli?

- Nie.

- To nieprzyjemne wiem, trochę pouciskam, teraz brzuch, może boleć. O tak.  

(Matko! On gada więcej niż ja! – myślę nadal patrząc w sufit).

- Kiedy drugie? – pyta lekarz.

- Że dziecko? – pytam jak głupia (ale w szoku, że ja tu leżę, a on nawija, gada, rozmawia! Taki luz-blues gdy ja tam leże nie nazbyt w komfortowej pozycji!)

- Tak – odpowiada.

Odpowiadam nadal gapiąc się w sufit. Gadam do sufitu… Ale on słucha. Wiem, bo patrzy na mnie. I robi swoje, i słucha.

- A gdzie Pani rodziła?

Odpowiadam.

W między czasie słyszę, że koniec, można się ubrać. Schodzę ze znienawidzonego fotela ginekologicznego i zmierzam ku przebieralni.

- To się nie widzieliśmy wtedy? Kto przyjmował poród, znaczy cesarkę?

- Eee… - zatrzymuję się w połowie drogi uświadamiając sobie, że tak jakby to jestem ubrana do połowy… (Czy on robi to specjalnie?) Ups! Nie pamiętam. Nie wiem. Taki stres był.

- A w jaki dzień Pani rodziła?

- W … Ale obciach – ja nie pamiętam w jaki dzień urodził się mój syn! Wie Pan co, ja mogę w kalendarzu sprawdzić, jaki to był dzień… Ja… zestresowana byłam! – To powiedziawszy znikam w drzwiach przebieralni.

Ubieram się. Myśli krążą: Jaki to był dzień? Sobota. Nie, poniedziałek. Nie, no chyba weekend to był. Boże co za wstyd tego nie pamiętać! Wychodzę. Już ubrana.

- Piersi badamy? – pyta lekarz zanim jeszcze zamknęłam drzwi, po czym widząc moją minę, zaczyna się uśmiechać.

- Że… jak? Że… eee, aaa!!! (Artykulacja godna małpy! – brawo Kissiak, coraz lepiej!) No… no tak, skoro już jestem…

- Proszę się rozebrać…

(Boże, co za wizyta!). Się rozbieram.

- Mam się położyć?

- Nie.

Zawsze miałam USG, a teraz że tak ręcznie? No proszę Kissiak, proszę się nie krępować. Nie, nie krępuję się. No problem. Siedzę i patrzę. Ciekawe. Obcy facet właśnie maca mi cycki, a ja się przyglądam. Wygląda to dość nieźle.  

- Wszystko w porządku. Proszę się ubrać.

Wychodzę z wypiekami na twarzy. Nie wiem od czego te wypieki. To była najdziwniejsza i najbardziej zakręcona wizyta u ginekologa jaką miałam do tej pory. Wszystko profesjonalnie nie narzekam, i nie o nagość chodzi, bo to nie problem dla mnie, poza tym ładna jestem, to on mógł co najwyżej się zawstydzić :P  Ale jednak, coś w tej wizycie było dziwnego…

Wychodzę z budynku, pal licho wizytę, jedno nie daje mi spokoju. Dzwonię do Dzielnego Męża:

- W jaki dzień urodził się Piotruś? – pytam.

- A czy ja wiem? W szoku byłem, jak mogę dzień pamiętać!?!

I proszę, nie tylko ja jestem „nienormalnym” rodzicem :P

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

sobota, 18 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  51 621  

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

Ulubione strony

Statystyki

Odwiedziny: 51621

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Facet