Bloog Wirtualna Polska
Są 1 263 873 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Na różowo

wtorek, 29 grudnia 2009 15:12

Wszyscy którzy odwiedzają mój blog po raz pierwszy, mówią mi "O matko, jaki różowy". A ja specjalnie wybrałam ten kolor. Nie, to nie jest mój ulubiony, zawsze przecież mogę zmienić tło. Chciałam, by mój blog się wyróżniał i był wesoły. Bo różowy to nie kolor próżnej blondynki, a kolor wesołości. Żyjemy z dnia na dzień i staramy się, by nasze życie było różowe, niektórzy mówią, że lepiej na świat patrzeć przez różowe okulary. Ja tylko opisuję świat przez mój różowy blog. Ale mój świat na szczęście nie jest tylko różowy, a ma wszelką paletę barw. Bo przecież sam różowy byłby nudny.

 

 

- Wiesz, moje życie nie jest różowe.

- Na całe szczęscie.

-  Wiesz, że i ja tak myślę. Ale czasami fajnie byłoby mieć z górki.

- Będziesz mieć dziewięćdziesiąt lat - będziesz mieć z górki.

 

Natalia Bielawska "American Dream. Niedopowieść"


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Do szopy

wtorek, 29 grudnia 2009 14:51

Jak to mówią wszem i wobec: "Święta, święta i po świętach". I nie mylą się. Nawet nie wiem kiedy to minęło... A ja ze świąt i tak najbardziej lubię przygotowania. Ba, nawet sprzątanie mieszkania wydaje się wtedy inne niż zazwyczaj. W tym roku po raz pierwszy spędziłam święta poza domem, że tak powiem. Nie byłam w domu rodzinnym w Suwałkach, a u teściów w Pasłęku. Przygotowań miałam więc o tyle więcej, że po raz pierwszy przygotowywałam wigilijne potrawy. No i nie chwaląc się zbytnio, ale muszę to napisać, jak to mówią "uczeń przeszedł mistrza". Wszystkie potrawy jakie robiłam z przepisów od mojej mamy, wyszły znakomite :) Zawsze robiła je tylko mama, a tu proszę :P hie hie hie. Dobra, dobra, kończę już z tymi pochwałami dla siebie :)

Cząstkę mojej rodzinnej Wigilii przyniosła mi jednak muzyka. Kilka lat temu mój tata dostał od Pana Leszka Aleksandra Moczulskiego kasetę magnetofonową pt. "Moje Betlejem" (tak tak, jeszcze kasetę, nie płytę). Są to piosenki w wykonaniu Skaladów. Pamiętam nasze rodzinne oburzenie, kiedy tata jej głośno słuchał przed świętami. Najczęściej wtedy krzyczeliśmy "Tato, ścisz trochę". Ale chyba on, tata, wiedział co robi :). Po jakimś czasie piosenki z kasety weszły nam w krew i stały się nieodzowną częścią naszych świąt. Teraz, po kilku latach, już sami na kilka dni przed świętami wyciągamy, jak to nazywamy, "Do szopy", i włączamy, by muzyka towarzyszyła nam już w przygotowaniach. Słowa niemal każdej piosenki zanamy na pamięć, i po Wigilii, oprócz tradycyjnych kolęd, śpiewamy też te. Moja starsza siostra, i już teraz i ja, z tego względu, że już wybyłysmy z domu, "Moje Betlejem" mamy przegrane na własne płyty i także puszczamy je w swoich domach. W święta bowiem nie może zabraknąć "Do szopy".

I jak już wspominałam na początku, w tym roku, mimo że na święta nie byłam w domu, to piosenki Skaldów dodawały mi otuchy i wprowadzały jak najbardziej świąteczną atmosferę. :)))

 

"Do szopy, do szopy wszyscy,

kto ogrzać pragnie ręce.

Z darami, z darami, z darami

by odtajało serce". 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Rozprawa z Zygfrydem

niedziela, 20 grudnia 2009 22:48
Po kilku miesiącach wreszcie udało mi się rozprawić z Zygfrydem. I to wcale nie ja go szukałam, bo oszukiwałam się , że nie mieszka już za, czy pod, łóżkiem,  bo od "tamtego" wieczora nie widziałam go, ale teraz on sam wlazł mi pod ręce. A dokładanie pod mopa. Ale po kolei... Dzielny mąż poszedł sobie wczoraj do pracy, a ja zaczęłam świąteczne porządki. Odkurzyłam, no a potem wzięłam się za mopowanie :) podłóg. Myję je i myję i jakaś myśl mi przeszła po głowie, że może jeszcze wymopuję taki mały kącik w sypialni pomiędzy łóżkiem, a półką z książkami. Podeszłam, zamachnęłam się, ale patrzę... Aaa! Idzie wielki czarny pająk, jak gdyby nigdy nic! O matko, pomyślałam, i nie wachając się uderzyłam w niego mopem! Przecież nic innego nie miałam pod ręką, a trzeba było szybko działać! Nic to nie dało oczywiście. Odskoczył i biegiem za półkę. No to ja - ciap - znowu go mopem i zaraz znowu - ciap, ciap, ciap. Z zamknętymi oczami oczywiście, bo strach mnie ogarnął na widok takiego potwora,a jak już pisałam dzielny mąż był w pracy, więc musiałam tę rozprawę przejść sama. W końcu, otwieram jedno oko, potem drugie. Patrzę - między końcem ściany, a podłogą jest czarna krecha. Ale, że tak powiem, ciała nie ma. Szybko więc wsadziałam mopa do wiadra z wodą. Na wszelki wypadek, jakby potwór zaplątał się w niego, to teraz się utopi - pomyślałam. Usiadłam na łóżku. Wzdrygnęłam się  i dopiero wtedy pomyślałam, że może to był Zygfryd. Przecież od kilku miesięcy go nie widzieliśmy, a jak odkurzałam to mógł się wystraszyć i wyjść. I przecież nie moja wina, że się z nim rozprawiłam, gdyby nie był ciekawski i nie wyszedł, to dalej bym się zwodziła, że jednak za łóżkiem nie mieszka. A tak doigrał się sam. No, w gruncie rzeczy to mam nadzieję, że to był Zygfryd, a nie jego potomstwo, tfu, tfu, tfu. 

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Uzależniona

środa, 09 grudnia 2009 19:34

U mnie to tak jest: jak nie ma wpisu, to nie ma dłuuugi czas, a jak już jest, to dwa naraz, bo mi się myśli nazbiera...

 

Ostatnio naszła mnie straszna myśl - jestem uzależniona od komórki. I myślę, że śmiało mogę powiedzieć, że pewnie uzależnień takich są tysiące, więc to jakieś pocieszenie :)

A myśl moja wzięła się z pewnego wydarzenia, któe może kogoś śmieszyć, ale jest przerażające w swojej istocie. Gdy ostatnio byłam w Suwałkach, umówiłam się z moją mamą w "Biedronce". Mama poszłam najpierw na mszę i mniej więcej umówiłyśmy się o 18.40 w sklepie (nie przed, żeby nie marznąć). Gdy o wybranej godzinie, mniej więcej o tej godzinie, mój tata podwoził mnie do owego sklepu, przemknęła mi owa "przerażająca" myśl, aż wypowiedziałam ją głośno. Brzmiała "Jak ja teraz znajdę mamę, skoro ona nie ma komórki i nie mogę do niej zadzwonić?!?". To naprawdę mnie przeraziło, choć "Biedronki" nie należą do ooogromnych sklepów przecież. Oczywiście, nie okazało się to trudnym zadaniem, ale strach był. I dopiero w domu przemyślałam ten fakt dogłębnie. Komórka stała się częścią naszego życia. Ba! nieraz widzi się, że ludzie mają po dwa egzemplarze, że się tak wyrażę. I używa się jej wszędzie. Stała się "zabawką", gdy nudny wykład, "zabijaczem czasu", gdy czeka się na autobus. Sama nie raz, gdy czekam na przystanku, wyjmuję telefon i dzwonię to tu, to tam, bo choć do przyjazdu autobusu jest, powiedzmy 8 minut, to przecież czas szybciej zleci, gdy się rozmawia. Więc tak stoję na przystanku i dzwonię, i w gruncie rzeczy rozmawiam o niczym. Na wykładzie każdy wyjmuje kartkę, długopis i... komórkę oczywiście, jakby to był niezbędnik studenta. Ale i wykładowcy coraz rzadziej wyłączają głos swojego telefonu, po czym przerywają na dźwięk dzwonka wykład, mówiąc na przykład: "Przepraszam, córka dzwoni, muszę odebrać". I ja też, jak mi "wibruje" (bo dźwięk wyłączam) odbieram, najczęściej pod ławką. Już nawet nie wychodzę z sali, bo drzwi daleko, a pod ławkę łatwo wejść :) A przecież nic by się na stało, gdybym tego telefonu nie odebrała, przecież widzę numer, który dzwoni i mogę potem oddzwonić. Taka to jest mentalność człowieka w dzisiejszych czasach - dzwoni - to trzeba odebrać niezależnie gdzie się jest. Na szczęscie znalazłam jeszcze u siebie sytuacje, gdzie rozstaję się ze swoją komórką. (Więc może nie jest aż tak źle...). Komórkę zostawiam w domu (!) gdy idę do kościoła, lub, jeśli wiem, że po mszy pójdę gdzieś jeszczę, to wtedy na czas mszy, wyłączam ją całkowicie (nie tylko dźwięk). I to chyba jest w ogóle jedyny moment, kiedy wyłączam komórkę całkowicie, bo nawet na noc jest włączona (w gruncie rzeczy zastanawiam się po co?). To wcale nie jest śmieszne, bo cały czas nachodzi mnie myśl, że kiedyś ludzie żyli bez telefonu i też dawali sobie radę, może nawet ich życie było lżejsze. bo przecież gdy teraz ktoś gdzieś idzie, to na przykład rodzic może poprosić, by zadzwonił do domu o tej i o tej godzinie. Ale przecież kiedyś też ludzie wychodzili i nie musieli nigdzie dzwonić, by mówić, że juz dotarli, albo, że wszystko w porządku. I żyli. Żyli sobie spokojnie z dnia na dzień. Może popadamy w jakąś paranoję? Sama nie wiem. A może już popadliśmy? Bo na przykład jedynymi znanymi mi osobami bez komórki są moi rodzice i babcia (bo chyba nie muszę przypominać, że starsi też już z komórek korzystają). I jeśli chodzi o moich rodziców nieraz spotykają się ze zdziwieniem otoczenia, jak to mogą żyć bez telefonu. A oni żyją sobie normalnie bez tych telefonów komórkowych, niczym nie różniąc się od tych, co te telefony komorkowe mają.  I są szczęśliwi.

Ale mimo to - ja nie wyobrażam sobie mojego życia bez telefonu w kieszeni...

I jaki z tego morał??? Bo ja już sama nie wiem :P

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Znak

środa, 09 grudnia 2009 18:48

Wczoraj było święto Matki Boskiej Niepokalanej. Jechałam autobusem i pewna Pani, jak się okazało Pani Danusia, dała mi medalik z wizerunkiem Matki Boskiej. Najpierw Pani ta rozmawiała z drugą Panią, a ja stałam obok i chcąc nie chcąc przysłuchiwałam się. A rozmowa była o tym, że takie nadzwyczajne święto, i że każdy niezależnie gdzie się znajduje to powienien się o 12 pomodlić - jak to okresliła Pani Dasnusia: " powinien krzyczeć do nieba o łaski", o tym, że już są rekolekcje adwentowe oraz o świętych miejscach. W pewnym momencie Pani wyciągnęła medalik i powiedziała do mnie:

- To jest medalik z Niepokalanowa, jeśli go Pani dam, przyjmie go Pani ode mnie?

- Tak - odpowiedziałąm i wzięłam mały srebrny medalik.

Wysiadałyśmy na tym samym przystanku. Przedstawiłyśmy się sobie i życzyłyśmy miłego dnia. Potem każda z nas poszła w swoją stronę. Pani Danusia na mszę. A ja załatwiać swoje sprawy. Ale nie mogłam się skupić. Spojrzałam na zegarek. Była 11.50, więc jeszcze miałam czas by dojść do Katedry na mszę. Poszłam. I teraz wiem, że dobrze zrobiłam. Gdy sobie o tym wszystkim myślę, to zastanawiam się, czy ta Pani, ten medalik to nie był jakiś znak dla mnie? Może to ten znak, o który cicho prosiłam? Myślę, że tak, bo różne tajemne rzeczy dzieją się na świecie i nie raz nasze prośby zostają wysłuchane, a nie raz nie umiemy ich dostrzec i przechodzimy obok...

A mój znak jest przecież taki wyraźny: dostałam medalik od obecej mi osoby akurat w taki dzień...Dziękuję.

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  50 431  

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

Ulubione strony

Statystyki

Odwiedziny: 50431

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Facet