Bloog Wirtualna Polska
Są 1 263 874 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Historia pana P.

piątek, 23 listopada 2012 22:16

Wstaje człowiek w piątek rano zadowolony, że dziś piątek i że tylko parę godzin dzieli go od weekendu, w który wreszcie zamierza robić nic! Wstaje i, jak na człowieka z rana przystało, idzie do łazienki. A tam... humor pryska jak banka mydlana, gdyż widzi na swojej pięknej buzi ogromny pryszcz! Doprecyzowując – żeby to jeszcze na buzi, to człowiek by przeżył. Ale na samym środku czoła!?! I wtedy trzy rozwiązania kołują człowiekowi w głowie. Po pierwsze: udawać, że pana P. nie ma. (Ale wszyscy wiemy, że takie rozwiązanie w grę nie wchodzi, bo jak człowiek już go zobaczy, to udawać nie da rady). Drugie - załamać się, zalać łzami i co za tym idzie, trzecie, wziąć dzień na żądanie, udawać, że się „nie jest” i schować w ciemnym pokoju. (Ale oczywiście człowiek wie, że tak zrobić nie może). Zostaje więc człowiek w piątek rano załamany i bez rozwiązania sytuacji. (A babcia zawsze mówiła, że jak jest rozwiązanie, to nie ma problemu, a tu ewidentnie rozwiązania nie było, więc problem był!). I myśli człowiek co by tu począć? I gotów jest w swej desperacji już włosy obcinać, co by na szybkiego grzywkę zrobić, która pana P. przykryje. Ale zdolności fryzjerskich raczej człowiek nie posiada, więc nakłada tonę pudru i tym podobnych specyfików, bo z dwojga złego lepiej już i tak wyglądać nie będzie. Ale efekt mizerny powstaje, bo pan P. jest na tyle bezczelny, że niczym go przykryć nie można. Na całego pokazuje się światu i jak celebryta jakiś „świecić musi”. A człowiek opanować się nie może.

Wtedy do akcji wkracza Dzielny Mąż człowieka, zresztą na „prośbę” człowieka, bo człowiek sam zaczyna, a że człowiek kobietą jest, to wiadomo, że dobrze się to nie skończy…

- Widać? – pyta człowiek.

- Nic nie widać – odpowiada Dzielny Mąż.
- Akurat…
- Naprawdę. A swoją drogą ciekawe czemu się zrobił?
- To jednak widać! A mówiłeś, że nie widać!!!
- Nie, nie widać, no pokazałaś to widzę.

- To jednak widać! I to strasznie widać! Jak ja tak wyjdę?

- A może to od pomidorów?

- Co?! Ty jak coś powiesz… Nigdzie dzisiaj nie idę!

Ale wyjścia człowiek nie ma. Nakłada więc drugą tonę pudru i wychodzi. A podświadomość mu cały czas mówi,  że wszyscy się na niego gapią, nawet ci siedzący tyłem w autobusie,  nawet ci, co nie spojrzeli, i ci co mijają człowieka w samochodach i nawet ci co nie mijają, co człowiek ich dziś nie spotka i tak wiedzą!

I (o zgrozo!) takie niespodzianki przytrafiają się nie winnemu człowiekowi! I straszne to jest! Bo wizyta pana P. nigdy nie jest zapowiedziana, zawsze zdarza się rankiem, raptownie i w najmniej odpowiedniej chwili!

Strzeżcie się!

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Przeprowadzka

niedziela, 18 listopada 2012 9:49

Kilka przeprowadzek już w życiu przeżyłam. Akademik i szok, gdy rodzice „zostawili mnie na pastwę losu” :) (i zaczęła się wtedy moja przygoda z dorosłością), potem stancje w Olsztynie: na Lipowej (płot w płot z domem publicznym), na Polnej, na Dworcowej (dobre mieszkanie z golasami w windzie :)); wreszcie Gdańsk: Leszczyńskich, Kombatantów (gdzie tuż przed wyprowadzką usłyszałam od pewnej Pani: „Kiedyś tam mieszkałam, było spokojnie i pięknie… do pierwszego morderstwa…). Tak… I taka to była droga prowadząca wreszcie na Swoje. Przeprowadzki do tej pory były nie do zarzucenia. Ekipy do mebli zwarte i gotowe. A mebli i gratów przybywało z każdą zmianą miejsca. Ale musiał chyba nadejść ten dzień, co by zachować w przyrodzie równowagę, kiedy nie wszystko jest perfekt. I to chyba dlatego, że na swoje – tak żeby przeprowadzkę zapamiętać.

 

Nazwa (nie będzie tutaj nic anonimowo) Herkules. Brzmi nieźle, nieźle się kojarzy, powinno być hop siup i już. Pierwszy minus: godzina spóźnienia. Ale widocznie tak miało być. Rodzice i brat zdążyli wtedy już dojechać (na szczęście), do tego Metafizyczna i jej chłopak. Bynajmniej oni wszyscy nie do mebli, tylko do pudeł, kartonów, kartoników, itp.

Co lżejsze meble wynieśliśmy na klatkę schodową. Potem przyszło dwóch Panów. Popatrzyli, popatrzyli i zabrali się do roboty. Zamiast podnosić meble zaczęli szurać nimi po ziemi. Gdy próbowali pchać lodówkę, usłyszałam trzask, chrzęst i spadające szklane półki. Po ponad godzinie (!) meble (a były to: dwie małe szafy, dwie komody, łóżko, lodówka, biuro, półka na książki, 4 krzesła i 2 rowery, mała półeczka, półka TV i kufer) były… na dole nadal na klatce! Zjechały windą i tyle. Wtedy już nie wytrzymaliśmy i moja dzielna prywatna ekipa przejęła pałeczkę! Zaczęliśmy nosić i ustawiać meble w ich samochodzie (do tego zabezpieczać meble jak się dało, bo przecież o tym też nie pomyśleli). A jeden z Herkulesów chodził za nami, masował się po brzuszysku i sapał: „Ojej, ojej, ach, ach, ych, ych, ach jak ciężko, ach, ach…”. Od czego Pan tu jest? – chciało mi się krzyczeć, ale po wymianie zdań z pierwszym już nic nie mówiłam.

 

Sytuacja ogólnie nie była do śmiechu. Kiedy w domu została ostatnia komoda i pojawił się po nią owy Herkules, położył na nią fakturę (której zażarcie pilnował), więc mówię: „To ja wezmę”. Na co on: „Dobra, Pani weźmie z tej strony, ja z tej”. Rozumiecie!?! On myślał, że chcę z nim dźwigać komodę. Ja! Krucha istota i on Herkules od siedmiu boleści. Buhahaha!

Gdy stare  mieszkanie opustoszało, gdy wszyscy „prywatni pomocnicy” włączyli się do noszenia mebli, siedziałam już w samochodzie z mamą, bo mi nerwy puściły.

I wtedy jeden z obrazków powalił mnie z nóg… Nie da się go opisać, dlatego go narysowałam :)

 

 

Na nowe mieszkanie meble wnieśli już „prywatni pomocnicy” i jeden z Herkulesów (ten bardziej ogarnięty). Potem było "rozliczenie". A po wszystkim już tylko się śmieliśmy…

Rozumiem żeby to był Achilles (wiadomo: nieszczęsna pięta). Ale żeby Herkules? Bardziej powiedziałabym Syzyfy. Bo ich praca wyglądała jak wtaczanie kamienia na górę, który cały czas spadał…

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Kizi Mizi

czwartek, 08 listopada 2012 11:55

Żeby już radość była pełna od mamy dostałam mój wymarzony dywanik kizi mizi do sypialni, a tata podarował różowe rękawiczki!
Jak to mówią: mała rzecz a cieszy! I jak w takich sytuacjach nie pozwolić sobie na odrobinę "dziecięcego" szczęścia ;););)

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (19) | dodaj komentarz

Na swoim

czwartek, 08 listopada 2012 11:38

Tyle czasu minęło, tyle się wydarzyło, że w gruncie rzeczy nie wiem od czego zacząć i co z tego pisania wyjdzie (czy w ogóle coś wyjdzie?). Więc na razie krótko i treściwie, co by tylko najważniejsze ująć :)

Moja infekcja wirusowa przerodziła się w zapalenie ucha, gardła itp., a co za tym idzie w kolejny tydzień zwolnienia. Na szczęście moja rekonwalescencja po chorobie dobiegła już końca, choć nie było to takie proste, bo te paskudztwa nie chciały się ode mnie odczepić. Leżałam więc "na kartonach" i nie mogłam nic począć, gdy Dzielny Mąż skakał nade mną, gotował rosołki, pocieszał, a ponadto próbował spakować wszystkie niespakowane jeszcze rzeczy. Dzień przeprowadzki nastał 2 listopada, odbiór mieszkania przesunął się o dziwno tylko o 3 dni! Miałam więc dać znać jak nastąpi radość. I... nastąpiła. Nerwy, płacze, ostre rozmowy i wszystkie tym podobne rzeczy nie poszły na marne. Po 3 miesiącach z kawałkiem od zakupu mieszkania wreszcie odtańczyliśmy nasz taniec radości! Ba! - wprowadziliśmy się i już jesteśmy na swoim :) Swoje własne, nowe M. Tak, radość to wielka :P


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  50 481  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Ulubione strony

Statystyki

Odwiedziny: 50481

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Facet