Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 171 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Morze zimą

poniedziałek, 29 listopada 2010 18:48

W niedzielę spadł pierwszy śnieg w tym roku. Gdy tylko otworzyłam oczy i zobaczyłam, że jest jakoś podejrzanie jasno, wyjrzałam przez okno i zobaczyłam, że wszystko jest pokryte śniegiem. Cudownie! Drzewa bielusieńkie, chodników nie widać, jedynie jezdnia była wyjeżdżona i czarna. Zerwałam się na nogi i gotowa byłam nawet w piżamie pędzić nad morze w obawie, że zanim się ubiorę, śnieg się roztopi i już nie zobaczę jak morze wygląda zimą! Ale Dzielny Mąż powstrzymał ten pomysł, przewracając się smacznie na drugi bok w ogóle nie zdawawszy sobie sprawy z tego co traci! Gdy wreszcie, po porannych czynnościach, wybyliśmy z domu, wzrok wytężaliśmy w poszukiwaniu Groszka, którego śnieg okrył aż po brzegi. Nie było nic widać i z dziesięć minut poświęciliśmy by go odkopać! Ale się opłacało… Serce mi waliło, gdy się zbliżaliśmy do wejścia na plażę, bo wiele dni czekałam na to, by wreszcie ujrzeć morze zimą i jakoś nie umiałam sobie tego wyobrazić. (A może nie chciałam, by nie psuć sobie tego pierwszego wrażenia?). Cała plaża pokryta śniegiem, czysto i jasno. Miałam wrażenie, że jestem gdzieś na Antarktydzie J Fale były na tyle wysokie, że w oddali kłębiły się bałwany morskie po czym z impetem uderzały w biały brzeg. Szumiało i szumiało. Piękny widok…

Ale oczywiście to nie wszystko, bo w powrotną drogę, idąc już traktem spacerowym, Dzielny Mąż wywinął orła pociągając mnie ze sobą. Leżąc na samym środku chodnika jeszcze w lekkim szoku, zastanawiałam się chwilę co się stało, co mnie boli i czy w gruncie rzeczy nic się nie stało. Z tego myślenia wyrwał mnie przechodzący obok pan z dziećmi, który powiedział: „Ojej, bęc”. Wtedy to już wybuchłam śmiechem. I tak, z bolącym nadgarstkiem, obitym pośladkiem i zbitym łokciem Dzielnego Męża wracaliśmy do samochodu z naszego pierwszego zimowego spaceru nad morzem. Opłacało się.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Wąż zalotnik

czwartek, 18 listopada 2010 18:56

Cała dzisiejsza historia zaczęła się w momencie, gdy zadzwonił do mnie w pracy telefon prywatny. A wszystko oczywiście za sprawą pewnej „kolejowej koleżanki” o imieniu Ewa, więc się nie dziwię, że jej węże w głowie i w dodatku kusiciele :P Ale po kolei.

By nikomu nie przeszkadzać wyszłam cichutko na korytarz odebrać wspomniany telefon. Jako, że wypełniałam na komputerze dość istotny dokument, po powrocie, od razu skupiłam się nad dalszą pracą. Atmosfera dookoła była dziś ogólnie dość rozrywkowa, więc śmiechy i chichy mnie nie dziwiły. Pisałam swoje, gdy co raz ktoś podchodził z tyłu i się śmiał. Nadal nie zwracałam na to uwagi i całą swoją energię poświęcałam pracy. Zadałam w między czasie tylko jedno pytanie „o co chodzi?” czy jakoś tak, bo przecież wychodziłam i pomyślałam, że była o czymś mowa i mnie ominęło. Ale po śmiechach pomyślałam, że jestem jednak nie w temacie i ruszyłam dalej do pracy. W końcu podeszła kierownicza i za moimi placami usłyszałam „ A co to?”, po czym dziewczyny zaczęły ją uspokajać: „A nic, nic…” i śmiały się dalej, więc ja dalej swoje. W końcu wspomniana „kolejowa koleżanka” zagadała mnie, śmiejąc się ciągle do rozpuku. Kierowniczka nadal stała za mną w skupieniu. Wstałam więc w końcu… odwróciłam wzrok na moją prawą stronę… A tam… obok mojego obrotowego krzesła stała ogromna gaśnica, a jej wąż położony był na mojej słuchawce od telefonu! Jak ja nie zaczęłam się śmiać! Myślałam, że pęknę! Aż mi łzy pociekły! Wszyscy wybuchli śmiechem! Nic nie zauważyłam przez dobre 20 minut, a wąż leżał zaledwie kilka centymetrów ode mnie! Jaja jak berety!

"To był taki wąż zalotnik" - powiedział tata, gdy usłyszał dzisiejszą historię. "Kusił cię jak w raju". He he he. Wąż zalotnik :), dobre. Ale co z niego za zalotnik skoro, go tak długo nie zauważyłam?!? Chociaż, z drugiej strony, i tak dobrze, że nie syknął :P he he he

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

W aptece

środa, 17 listopada 2010 17:23

Ostatnio jesienne przesilenie daje się coraz silniej we znaki. Przesilenie i praca. Wchodzę wczoraj do apteki, otworzyłam drzwi i od progu z wielkim uśmiechem i dość głośno powiedziałam: „Witam serdecznie!”. Już otwierałam ponownie usta, by się przedstawić, gdy z tyłu doszły mnie słowa Dzielnego Męża, który normalnie i po ludzku powiedział ZWYKŁE „dzień dobry”. I wtedy przyszła mi myśl: „jejku co ty pleciesz, nie jesteś w pracy!”. I zawstydziłam się trochę, bo panie farmaceutki patrzyły na mnie dość dziwnie. Podeszliśmy do okienka i mówię „strzykawkę poproszę – największą!”. Pani mgr popatrzyła tym razem jak na dziwaków i już wiedziałam, że teraz na pewno myśli, że się naćpałam. Dzielny Mąż chciał ratować sytuację i dodał: „Nalałem za dużo płynu do chłodnicy i muszę odciągnąć”. Pani mgr popatrzyła i pomruczała: „Tak, tak…”. No pięknie. Co za klapa! Totalna klęska! Ale swoją drogą, ubaw po pachy, jeszcze do teraz się śmieję!

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Bardziej na poważnie

wtorek, 16 listopada 2010 19:57

Irytujący jest fakt, że młodzi ludzie mają takie problemy z mieszkaniem. Gdy pomyślę o kredycie na 30-40 lat, to aż mnie dreszcz przechodzi. Ale gdy pomyślę, że co miesiąc płacę komuś za wynajem tyle, co rata kredytu, to jeszcze mi gorzej. I właśnie taki żywot mają dziś młodzi. Strach się bać.

Wzięło mnie na takie zapiski, gdyż od paru dni przyłazi ktoś oglądać nasze wynajmowane mieszkanie. Bo że niby właściciele podpisali rok temu umowę z jakąś agencją nieruchomości i w grudniu się ta umowa kończy, ale oczywiście zapomnieli nam o tym powiedzieć! No i raptem, pod koniec roku, obudzili się ludzie, którzy łasi na własne mieszkanie przychodzą je oglądać. Co prawda, właściciele mówią nam, że nie sprzedadzą, bo zobaczyli, że większe zyski czerpią z wynajmu (co prawda to prawda, tylko idiota w dzisiejszych czasach sprzedaje własne mieszkanie skoro może co miesiąc czerpać zysk, dodatkową pensję, a potem nawet dziecku zapisać takowe mieszkanie, gdy te już wyrośnie i wtedy start w dorosłość mu ułatwia. Ale to moje zdanie, uwaga na marginesie oczywiście), ale – wracając do sedna – po pierwsze właściciele czekają do wygaśnięcia umowy, by kary nie płacić, a po drugie -  takie przychodzenie kogoś i oglądanie naszego mieszkania jest utrudniające życie. Upierdliwe i irytujące, żeby gorzej nie powiedzieć!

Najpierw przyszła kobietka z agentką nieruchomości i pyta czy zdjęcia może porobić. Ja, głupia, się zgodziłam, choć śmiało mogłam powiedzieć, że nie, bo przecież agencja powinna mieć, ale nie pomyślałam w pierwszej chwili. A zdjęcia, że niby dla siostry ona zrobi, bo siostra w Anglii siedzi, a razem kupują mieszkanie. (Swoją drogą, kolejny bezsens: dwupokojowe mieszkanie dla sióstr. To już lepiej trzy pokoje - wtedy jeszcze bym zrozumiała, każda miałaby pokój, a salon zostaje dla gości. Ale cóż… nie mój interes, a poza tym myślę, że to może być coś więcej niż siostry, ale co miała biedulka powiedzieć…). Agentka była upierdliwa, bo się panoszyła, jakby to było co najmniej jej mieszkanie! Stała gadała i gadała, chwaliła widoki za oknem (cmentarz), sąsiadów (ciekawe skąd wie jacy są?)itp., ale najbardziej rozwaliła mnie stwierdzeniem: „Nie, tę lodówkę to trzeba przestawić. A ten stół! – niemal krzyknęła – on źle stoi”. No kurza noga! Co ona chce od mojego stołu!?! Stoi najlepiej jak może, pasuje, bo co do ustawiania sprzętów to gust mam! I Dzielny Mąż także! Cieszyłam się, że za drugim razem przyszedł facet z tej agencji, a nie ona. Z nim para, małżeństwo, czy coś takiego. Ona tak lookała na nasze zdjęcia, że się zastanawiałam czy przyszła oglądać mieszkanie, czy zdjęcia. I jak tamci nie zadawali pytań, to za to ci - bez przerwy! „A jak się mieszka? A jacy sąsiedzi?”. „No kurczak, jacy? Normalni!”  - chciało mi się krzyknąć. Ale milczałam. „A jaka okolica?” – padło kolejne bezsensowne pytanie. Dzielny Mąż nie wytrzymał i mówi: „Dobra, jak wszędzie, ostatnio tu przestępcę zatrzymali, kiedyś postrzelili kogoś, ale jest spokojnie, tak, jak wszędzie”. Ha ha ha. Mieli nieuciszone miny! I już myślałam, że to ich powstrzyma, gdy usłyszeliśmy: „A jaki czynsz?”. No kurde, co za bezczel! Dzielny Mąż wyskoczył: „Wysoki jak wszędzie!”. Hahaha myślałam, że padnę. Potem dodałam, że wszelkie pytania niech kierują do właścicieli i wreszcie zamilkli. Ulga! Bo co ja jestem? Nie powinnam udzielać żadnych odpowiedzi, niech się cieszą, że w ogóle drzwi im otworzyłam i marnuję swój bezcenny czas!

Dziś z kolei mieli przyjść kolejni, a jak otwierałam drzwi okazało się, że to ci sami. I co? Od progu pytania? A słychać windę? Na szczęście winda odjeżdżała i powiedziałam: „Tak jak teraz”. Po czym poszli na balkon, weszli do kuchni, zapytała o lodówkę i wyszeptała pod nosem do męża (partnera czy kogoś tam): „Ok, to wytagrujemy żeby zostawili rogówkę za lodówkę, bo lodówka była w ogłoszeniu, a okazuje się, że jej nie ma”. Pogadali, pogadali i poszli z uśmiechami mrucząc: ok, ok, ok. Czyli wniosek jeden - chętni. I co teraz? Teraz mam zmartwienie, czy my nie musimy pakować manatków i szukać czegoś na szybcika pomimo zapewnień właścicieli. Nie jest łatwo teraz nam mieszkać w takiej sytuacji…

A poza tym, to mam już „cudzego zwiedzania” po dziurki w nosie. Bo jak tak można człowiekowi życie utrudniać. Chce sobie posiedzieć w domu pod kocykiem, wypić herbatkę, poczytać książkę, a tu codziennie ktoś wącha ci twoje kąty i rzeczy ogląda, bo nie oszukujmy się, że tylko układ ścian! Takiej ściemy nikt nie wciśnie! A potem na językach u kogoś, bo przecież nie odstąpi od komentarza jak zamkną się za nim drzwi! Masakra. Tak tęsknie za własnym M! Wiem, że i to nastąpi w swoim czasie. W końcu trzeba będzie podjąć i taką decyzję. Ale na razie tak jakoś ciężko na sercu...

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

I skończył się długi weekend...

niedziela, 14 listopada 2010 20:26

I skończył się tak zwany długi weekend. I szkoda, i żal serce ściska. Niby cztery dni, aż cztery dni rzec się by chciało! A to i tak znacznie za mało :). Bardzo podobała mi się myśl czwartkowa, kiedy to sobie właśnie w czwartek wieczorem pomyślałam, że jeszcze jutro wolne i… pojutrze i popojutrze! Och, jaka radość! A teraz niestety pomyśleć tak się nie da. Szkoda, szkoda. Choć może i dobrze, bo człowiek szybko się odzwyczaja i w ogóle z rytmu porannego, pracowego dnia by się wybił.

Ale wypoczynek w pełni był, nie zaprzeczę przecież, bo przecież nad morzem, czyli cały czas jak na wakacjach. A poranne spacery też dla zdrowotności się przydały. Dom wesoły był, dużo osób, bośmy gości mieli. Starsza siostra ze szwagrem (jedynym moim, jak na razie i w dodatku jeszcze dodam ulubionym) i dwójką dzieci przyjechali! Jak to dzielny mąż stwierdził dziś rano, fajne te dzieciaki. Tak więc pobawiliśmy się w to i owo. Pospacerowaliśmy, statki oglądaliśmy, w Gdyni na klifie też byliśmy i przede wszystkim dużo jodu się nawdychaliśmy! I kąpiel z bąbelkami też była i kładzenie spać ze śpiewaniem kolęd także. I tu zaczęły się schody, bo gdy przyszło co do czego, to okazało się, że ciocia wspaniała (jak zostałam wcześniej nazwana :) ) nie pamięta dokładnie wszystkich kolęd i wstydu się najadła, jak dzieciaki musiały jej podpowiadać, przez co zasnąć nie mogły, bo słuch wytężały i gdy tylko ciocia pomylił jakieś słowo, oczy otwierały i zaraz mnie poprawiały. A potem już same pod nosem mruczały, bylebym tylko dobrze zaśpiewała. No i z tego wniosek, że czas kolędy dokładnie powtórzyć, bo święta tuż tuż i nie może być drugiej takiej wtopy!

I tak oto minął sobie w mgnieniu oka ten długi weekend. I tak na koniec przyszła mi jeszcze na myśl piosenka apropo's tego minięcia:

 

"Czas ucieka coraz prędzej
Czas dogania nas

Czasu dajcie więcej
Czasie daj nam szans..."

 

... i to by było na tyle. Czas wypocząć po weekendzie :P

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

sobota, 18 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  51 623  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
2930     

Ulubione strony

Statystyki

Odwiedziny: 51623

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Facet