Bloog Wirtualna Polska
Są 1 263 874 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Poniedziałkowy leń

poniedziałek, 31 października 2011 18:12

 

Poniedziałkowy leń dał się nieźle we znaki. W ogóle nie chciał się ze mną rozstać, nie mówiąc już nawet o tym, by choć na chwile zostawił mnie samą. Nie pomogło nic. Ani proszenie, by sobie dziś dał spokój, ani udawanie, że jednak go nie ma. Nie pomogła nawet poranna kawa. Nie dość, że ten leń, to jeszcze po głowie chodziła mi Adele. A jaki to ciężar ! i tylko "to the rain, to the rain, to the rain...". Ile można? Znielubiłam piosenkę od razu!

 

Wyszedłszy z domu, zobaczyłam, że w piekarni ludzie się nie mieszczą i pomyślałam, no tak, jutro sklepy zamknięte, to trzeba się zaopatrzyć, jak na wojnę :). Dobrze, że Dzielny Mąż też wpadł na pomysł, by kupić o bochenek więcej chleba, bo byśmy zostali z samym serem i wędliną. A na co to kłaść, skoro chleba brak. (Tak, już to raz przerobiliśmy). Ale już kłopot z głowy, rozpisywać się nie ma nad czym.

 

Idąc spacerem do pracy (A po co się spieszyć? - pytał leń), próbowałam się go  - lenia - pozbyć. Jednak ten uczepił się na dobre. Bo choć maszerowało się żwawo i podziwiało świat (kolorowe liście lecą z drzew i pięknie wirują w powietrzu zanim opadną na ziemię, jest 15 stopni na plusie, nie ma wiatru, a przypominam, że jest 31 października!), to gdzieś w środku nie chciało się kończyć tego spaceru, a spacerować aż do południa. I otwierając dworek już myślałam, że leń został za bramką, ale ten sprytnie znów się objawił gdy otworzyłam drzwi do biura. No nie! Dość rzadka to przypadłość u mnie ten leń, gdy idę do pracy, bo ją uwielbiam, ale dziś wyjątkowo drań się mnie uczepił.

 

Miałam więc towarzystwo cały dzień. I cały dzień walczyłam z tym leniem, który za wszelka cenę chciał mi udowodnić, że „mi się dziś nic nie chce”, a ja wiem, że mi się chciało! Ale walkę toczyliśmy i przed rozpoczęciem każdego nowego „zadania” czułam się naprawdę coraz ciężej. Tym bardziej, że dziś totalnie się nic nie działo, nawet nikt nie zadzwonił, nikt nie przyszedł i cisza panowała. Aż o 15.30 Dyrektor zarządził, że kończymy.

 

I wyszłam z pracy, ale nadal czułam tego lenia, który siedzi mi na karku, jak pamiętany z dzieciństwa książkowy Cudaczek-Wyśmiewaczek. I tak wracałam, ciężko mi było stawiać kroki i iść przed siebie. I jechałam autobusem, a on nadal obok mnie. Ale dwa przystanki od domu zobaczyłam „obrazek”, który sprawił uśmiech na mej twarzy. I jak wysiadłam szłam już taka lekka dalej się uśmiechając. I wtedy dotarło do mnie, że leń zniknął. Tak nagle, pstryk i lenia nie ma.

 

Czy to właśnie sposób na lenia? Taki banał jak uśmiech? Być może. Przynajmniej dziś taki sposób zadziałał. Być może mój poniedziałkowy leń też się uśmiechnął i zapomniał o tym, że jest leniem. A czy to nie śmieszne, że musiało to trwać aż tyle godzin?



 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

A pluszowy miś w masce zombie patrzy na mnie, gdy kupuję chryzantemy

sobota, 29 października 2011 21:38

 

Czasem pytam samą siebie gdzie pędzi dzisiejszy świat? I jak on wygląda? Przeraża mnie niedziela, kiedy widzę zapchane centra handlowe, brak jakiegokolwiek miejsca na parkingu, bo przecież trzeba jechać na zakupy, spotkać się ze znajomymi w McDonaldsie lub innym takim miejscu, „wyprowadzić” dziecko do Frikolandu. Proszę, niech pozna jak wygląda niedziela w XXI wieku… A ja pytam – gdzie wspólny obiad? Gdzie rosół z koperkiem? Gdzie poobiednia przejażdżka? Nie wspomnę już gdzie msza święta?

Nie ma na to czasu. Przecież po co usiąść wspólnie do obiadu, skoro można iść na zakupy, mijać nieznane twarze, ściskać się w tłoku i być zadowolonym z tego, że jesteśmy trendy, bo gnamy, tak jak i inni, za niewiadomo czym.

 

Świat idzie do przodu. Ale czy w dobrym kierunku? Pewnie w dobrym, technika, nauka… to wszystko jest potrzebne i potrafi zdziałać „cuda”. Najgorsze jest jednak to, jak oddziałuje na ludzkość. Człowiek się gubi. Nie zna wartości, nie umie się odnaleźć choć wydaje mu się, że wszystko jest w porządku i jak najlepiej. Ale najczęściej idzie w tłumie, bo tak trzeba. Ważne wartości zacierają się za nim, a człowiek je omija… Zacierają się wartości, zaciera się to, co ważne. A może człowiek nie umie, w tym wszystkim co go otacza dookoła, rozróżnić tego, co jest ważne i jak powinno wyglądać? Bo jak tu się dziś nie zgubić, skoro wszędzie jest konsumpcja, ważność posiadania, pokazania się? Teraz takie „wartości” przyćmiewają swym blaskiem to, czego, przynajmniej mnie, nauczyli rodzice.

Teraz już nie widzę zadumy 1 listopada. Teraz widzę maski Halloween’owe, pluszowe misie poprzebierane za zombie patrzące na mnie, gdy wybieram chryzantemy. Włączam Internet i czytam jakie imprezy organizowane są na Halloween. Wyskakują mi świecące i „ociekające krwią” banery z propozycjami jak się ubrać w Halloween’owy wieczór… Czarny gorset ociekający czerwoną farbą, zęby wampira, czy trupia twarz? I moja myśl: czy musimy przyjmować wszystko co przychodzi do nas z zewnątrz? Halloween nie jest naszym świętem. My mamy 1 listopada – potocznie Święto Zmarłych, tradycyjnie Dzień Wszystkich Świętych, który wygląda znacznie inaczej niż Halloween. A inaczej wcale nie znaczy, że mamy go zmieniać. Inaczej, nie znaczy gorzej… Nie znaczy też lepiej. To zupełnie inne „święta”, inna tradycja.

Czy tak ma być? Ja i pewnie jeszcze „kilka” osób się znajdzie, które za parę lat będą podtrzymywały tradycję. Ale co z naszymi potomnymi? Czy prawdziwe, tradycyjne święta będą znały z opowieści? A może nawet tych opowieści nie będzie, bo kto im je koniec końców przekaże, gdy nas już nie będzie? Czy uda się nam wpoić im prawdziwe wartości wszelkich świąt? Czy oni zechcą, by kontynuować te tradycje, a nie gnać za innymi?

W sklepach dekoracje bożonarodzeniowe pojawiają się 10 listopada. Znikają znicze, a na ich miejsce wskakują bombki, kolorowe ozdoby, drzewka, zabawki, tysiące zabawek… 10 listopada… prawie dwa  miesiące przed świętami… Czy potem ludzie naprawdę potrafią cieszyć się ze świąt? Czy w ogóle wiedzą co w świętach jest najważniejsze? Czy to, by w niewypowiedzianym wyścigu z sąsiadem udekorować ładniej dom czy balkon, czy wspólna Wigilia, kolędy, zapach ciasta, rozmowa… ?

 

Co raz pytam samą siebie gdzie gna dzisiejszy świat i dokąd nas zaprowadzi? Sama nieraz wpadam w sieć tego, co nas otacza, bo nawet czasem nie da się tego ominąć. Żyjemy w czasach w jakich żyjemy. I ciszę się z tego, bo w żadnych innych żyć bym nie chciała. Wiem, że zawsze można pozostać sobą. Zawsze można próbować zachować to, czego nauczyliśmy się w dzieciństwie. I nie trzeba wprowadzać Halloween, czy robić szopki z Bożego Narodzenia.

 

Byle tylko udało się to zachować…

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Stolica w październiku

poniedziałek, 24 października 2011 21:24

  

 

 

  

 

  

 

  

 

  

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Moja Warszawa

niedziela, 23 października 2011 21:48

„W moich snach wciąż Warszawa

Pełna ulic, placów, drzew

Rzadko słyszysz tu brawa

Częściej to drwiący śmiech

Twarze w metrze są obce

Bo i po co się znać

To kosztuje zbyt drogo

Lepiej jechać i spać

(…)

Noce są zawsze długie

A za dnia ciągły szum

Mało kto to zrozumie

Dokąd gna zdyszany tłum”

 

 

Warszawa… Przez wielu omijana z daleka, nie lubiana, osądzana, zatłoczona, zadufana w sobie, nie budząca sympatii. Dla mnie? – miasto, które między innymi napełnia mnie energią na wiele dni, budzi swego rodzaju zachwyt.

 

Warszawa zauroczyła mnie na podróży poślubnej, którą spędziliśmy właśnie tam z Dzielnym Mężem. Posmakowałam jej, obudziła we mnie "coś", co trwa do dziś… Potem zamieszkała w stolicy nasza przyjaciółka. Okazje do wyjazdów nadarzyły się więc same.

 

Pisałam o Warszawie, ale zawsze do szuflady. Tak naprawdę, po każdym wyjeździe powstawał wpis. Teraz, po tym weekendzie spędzonym w stolicy przyszedł czas, by ujawnić, niektóre z tych dawno zapomnianych myśli, poszerzone oczywiście o te z minionego weekendu.  

 

25.02.2009

Warszawa. Wysiadamy na dworcu centralnym. Moje pierwsze słowa do Dzielnego Mężą na stacji, jeszcze w podziemiach : „Dobrze, że jesteś ze mną, bo jakbym była sama, to teraz bym się popłakała”. Jedziemy na górę ruchomymi schodami. Pamiętam je z dzieciństwa. To było coś. Kochałam wtedy ruchome schody, wydawały się takie niesamowite.  Nie wiem po co pojechaliśmy wtedy do Warszawy. Pamiętam tylko te schody i misia w zielonej sukience, którego na dworcu kupiła mi mama.

Warszawa. Dworzec - wielka hala. Moje oczy kręcą się dookoła głowy. Gdzie teraz? Gdzie jest taksówka? Spokojnie. Nie jesteś sama. To raz. Dwa – widzę tabliczkę kierunkową na wyjściu „ul. Jana Pawła II i TAXI”.

Warszawa. Wychodzimy z dworca. Pada deszcz. Widzę Pałac Kultury i krzyczę: „Wow, jesteśmy w Warszawie, jak tu pięknie! Jesteśmy w Warszawie!”. I zataczam koło z radości, tańczę dookoła siebie. Ludzie patrzą, ja się śmieje, to nic, że pada, to nic. Dzielny Mąż się śmieje.

Bierzemy taksówkę.

- Graniczna 4. Przez Emilii Plater i plac Grzybowskiego – mówię.

Jedziemy. Ja nos przy szybie, przecież muszę dokładnie wszystko widzieć! Dwie ulice dalej jesteśmy na miejscu.

- I co ja teraz z wami zrobię? Przez was będę ostatni w kolejce. Chociaż dychę mi dajcie – mówi taksówkarz z uśmiechem. I dodaje: - Nie: plac Grzybowskiego, a Grzybowski.

- Widzi pan, od razu widać, że my nie z Warszawy – mówi Dzielny Mąż.

 

26.02.2009

Warszawa. Ranek, tak około godziny 11. wychodzę z bloku. Jak tu inaczej pachnie. Nie , nie spalinami, tu pachnie dużym miastem, marzeniami, przestrzenią, nowością! Idę. Głową do góry, rozglądam się, uśmiecham do siebie i do wszystkich dookoła. Ludzie oglądają się za mną. A ja dalej maszeruję, krok po kroku, wolno po Warszawie z podniesioną głową. Chce mi się krzyczeć: „Wow, jaka ona „inna”, jak tu ładnie”. Ludzie patrzą i się dziwią. Oni wszędzie biegną. Rozpięte płaszcze, biegną z samochodu do biura, z biura do samochodu, biegną z teczkami, kanapkami, nie mają czasu. Szybciej, szybciej, bo zaraz zielone zmieni się w czerwone i trzeba będzie stać. A ja stoję. Czekam. Mam czas. I dalej się rozglądam, z podniesioną wysoko głową i uśmiechem.

Warszawa. Ledwo zdążam przejść przez ulicę. Idę Marszałkowską. Choć jest koniec lutego czuję wiosnę. Swoją radością mogłabym dziś obdarować wiele ludzi. Jako jedyna zbieram od ludzi ulotki. Z uśmiechem wyciągam po nie rękę. „Dziękuję” i idę dalej. 

Warszawa. Zaczyna padać deszcz. Nie mam parasola. Idę Chmielną. Potem Nowym Światem. Nadal leje. Ja z podniesioną głową. Ludzie chowają się na przystanku, w sklepach. Ja się uśmiecham. Patrzą. Idę. Gdzieś za mną Pałac Kultury. Pada deszcz. Jest cudownie.

Warszawa. Wracam zmęczona do domu. Minęły cztery godziny. Nie czuję nóg. Jestem cała mokra, szalik, czapka, kurtka…wszystko mokre. Uśmiecham się. Czuję, że żyję. Jestem szczęśliwa. Staję przy szybie i nadal z wysoko uniesioną głową patrzę na Pałac Kultury, na centrum. To moja Warszawa.

Wyszło słońce.

 

08.2009

Warszawa jest szara, ale nie smutna. Nowoczesne budowle łączą się z budowlami z czasów PRLu i kamienicami naznaczonymi wojną. Wystarczy spojrzeć na jakąś ulicę. Pasaż handlowy, nowe ekskluzywne sklepy obok po PRL-owskich spożywczaków. Wysokie drapacze chmur, ze szkła i stali, a obok stare obdarte kamienice, pamiętające i naznaczone wojną, walką, strachem.

Tym razem wybraliśmy się na Powązki. Wysoki mur nie pozwala, by jakiekolwiek hałasy ze świata zewnętrznego przedostały się na cmentarz. Choć jest się w środku miasta, nie czuje się tego. Cisza i zaduma. Ogromne stare pomniki  z początku XIX wieku. Czujesz jakbyś była w innym wieku.

 

22 października 2011

Tak, po dwóch latach przybyliśmy wreszcie do Warszawy  :)  A tyle się zmieniło… już nie ma pogoni za marzeniem, by tu zamieszkać, bo swój kąt odnaleźliśmy nad morzem. Ale nadal jest tęsknota za tym, by raz na jakiś czas tu zajrzeć, bo nadal Warszawa ma dla mnie to „coś”, czym mnie cały czas zaurocza i ładuje energią. Gdy zobaczyłam, że trwa kampania „Zakochaj się w Warszawie”, pomyślałam: „Ja już nie muszę” :) 

Ale wracając… Już nie pociągiem, a Groszkiem. Już nie na Grzybowską, a na Bemowo… Już nie do wynajmowanego mieszkania koleżanki, a do jej własnego! … Tak, wiele, wiele zmian. Jadąc gęba mi się uśmiechała sama z siebie. Dlaczego? Bo wreszcie Warszawa!

Bo choć krótko to pięknie. Bo słońce świeciło jak oszalałe i grzało jak wczesną wiosną.  Bo idąc Starówką, Krakowskim Przedmieściem i Nowym Światem odkrywałam je na nowo, choć za każdym pobytem tu jestem. (To taka „obowiązkowa trasa”). Bo palma, choć kiczowata, wpisana jest w urok Warszawy, bo Pałac Kultury, choć przez wielu nie lubiany, nadal mnie zachwyca…

I czuję niedosyt. Bo po takim czasie tylko chapnęłam Warszawę. Musnęłam delikatnie, ale nie zdążyłam napawać się tak, jak bym chciała. To jak mały łyczek kawy, gdy się go napije w biegu, bo trzeba wychodzić do pracy, a potem w drodze czuje się niedosyt, bo kawa, była akurat tak smaczna, a nie starczyło czasu, by dopić ją do końca… Tak właśnie czuję się po tym wyjeździe… Ale najważniejsze, że wreszcie się udało, że byliśmy.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Pisanie

niedziela, 16 października 2011 20:08

 

Zastanawiłam się ostatnio, czemu nie mogłabym pisać codziennie? Bo zawsze sobie obiecuję, obiecuję i nic z tego nie wychodzi. Ale potem, tak zupełnie przypadkowo, nie mówiąc nic o swoich myślach na temat codziennego pisania, usłyszałam słowa, które przekonały mnie, że jednak codziennie nie da się tworzyć.

Niektórzy myślą, że można sobie pisać codziennie, że pisanie samo przyjdzie. A przecież nie można pisać codziennie, bo by cokolwiek napisać trzeba coś przeżyć. Wyjść z domu, zaobserwować, coś musi na to pisanie wpłynąć. I niezależnie czy to będzie jakaś osoba, zdarzenie, obserwacja, czy obraz, który zobaczyliśmy i dał nam do myślenia, to musi być ten czynnik. Czynnik zewnętrzny. Przecież coś nie może powstać z niczego.

I wtedy zrozumiałam to na dobre.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  50 480  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Ulubione strony

Statystyki

Odwiedziny: 50480

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Facet