Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 171 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Z zombie do pracy

niedziela, 31 października 2010 12:37

Powiem tak - nie ma nic na moje usprawiedliwienie dlaczego nie pisałam. Nie ma nic i basta. Koniec października nastał, czas dziś przestawiliśmy (swoją drogą jak to brzmi - przestawić czas, a mówi się, że nikt nie ma na niego wpływu, a jednak jak się zastanowić, to dwa razy do roku, czas zależny jest od człowieka!), cieszyłam się, że wreszcie się wyśpię, a i tak na nogach byłam o 7.30. Nie miałam nic specjalnego do roboty, ale pomyślałam, że takie leżenie na siłę jest trochę bez sensu. Z tego wniosek, że mój organizm przyzwyczaił się już do porannego wstawania. Szkoda tylko, że nie odczuwam tego przyzwyczajenia w tygodniu, a dopiero w weekend, kiedy właśnie mogłabym spać i spać, a wstaję wcześnie, bo się spać nie chce. Wtedy nawet nie ziewnę, ale jak nastaje już tydzień (poniedziałek-piątek) to ziewam notorycznie. Ach, ta przekorna ludzka natura...

Groszek był tydzień w naprawie (wcześniejszy tydzień oczywiście, nie ten) i muszę przyznać, że to był tydzień jeszcze poranniejszego wstawania i jazdy z zombie do pracy. I o tym zombie będzie właśnie dziś. Zombie, ponieważ, gdy jeździ się autobusem o 6:29 (czyli środek nocy dla niektórych), to ludzie, a w szczególności mężczyźni wyglądają ładnie mówiąc  - dość fatalnie. Oczy podpuchnięto-workowate, reakcja opóźniona i wzrok wbity gdzieś w dal, by o niczym nie myśleć i jeszcze móc się zdrzemnąć nawet z otwartymi oczami. Optymizmem ten widok nie napawa, a dodatkowo brak jakiejkolwiek reakcji uciechy z nowego dnia, nikłego uśmiechu czy ogólnie reakcji życia mogą spowodować stany depresyjne u osób takich jak ja, czyli oczekujących choć trochę wigoru z samego rana. A tu nie - kto siedzi, ten głowę ma spuszczoną, kto stoi to kiwa się na boki jak w transie. Nawet jak dwoje znajomych z pracy jedzie obok siebie, to się do siebie nie odzywają, bo sił im brak... Widok nieciekawy jednym słowem. Pierwszego dnia myślałam, że może dzieje się tak tylko w poniedziałek, ale w następne dni nic się nie zmieniło... Masakra.

Na szczęście Groszek już jest, dobrze się sprawuje, a na zombie patrzeć już nie muszę.

Jeżdżę sobie wygodnie, bo nie zaprzeczę, moje cztery litery bardzo szybko się do wygody w postaci samochodu przyzwyczaiły, hehehe....


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Morska chwila refleksji...

poniedziałek, 11 października 2010 22:21

Obserwujemy, z Dzielnym Mężem, jak się zmienia morze. O danej porze dnia czy roku. Wiosną, latem, jesienią czy zimą.

Widzimy też, jak zmienia się Trójmiasto. Byliśmy (przed moim wyjazdem) w Parku Oliwskim szukać jesieni. Niestety, drzewa były jeszcze ciemno zielone, rzec można późno letnie, kwiaty czerwone i tylko wiewiórki były rude :) Woda w stawach spuszczona, kaczki gnieździły się na brzegu, a gołębie siedziały rządkiem na jednej gałęzi dość niskiego drzewa (jak kury na grzędzie) i gapiły się na przechodniów. Tylko jedno drzewo miało oznaki jesieni i przy nim zatrzymaliśmy się na dłużej.

Wczoraj z kolei szukaliśmy jesieni nad morzem. Morze nadal morskie, koloru nie zmieniło. Ale za to cofnęło się, jeśli można tak powiedzieć. Gołym okiem widać dno i to dość daleko od brzegu, a na słupach podporowych mola widać gdzie niegdyś sięgała woda. Teraz płycizna do 1/3 mola. Weszliśmy nawet pod most, gdzie jeszcze niedawno woda była do pasa! Śmiałam się, ze może morze spuszczają na zimę, jak te stawy w Oliwie.

Na brzegu zaobserwowaliśmy ciałka meduz, leżące jedne na drugich (gromadami). Te same meduzy jeszcze parę tygodni temu zalegały płyciznę i obserwowaliśmy podczas naszych wcześniejszych spacerów jak pływają. Teraz, gdy brzeg się cofnął,  ich przezroczyste ciałka leżały bezwładnie jedno na drugim. Niemiły widok. Choć wiele osób, jak przypuszczam, mogło tego nie zauważyć, gdyż na pierwszy rzut oka nie było ich widać. (Przecież są niemal przezroczyste). Tylko piach i muszle. Sama dopiero po chwili zauważyłam po czym depczę.

Ale wracając - pięknie jest obserwować takie zjawiska jak morze. Dookoła wszystko się zmienia, choć pozostaje takie samo. Morze to przecież morze... Niby to samo, a jednak codziennie inne...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (21) | dodaj komentarz

Bydgoszcz - dni pozostałe.

niedziela, 10 października 2010 17:24

Miał być dzień 3, 4 i 5, ale nie było czasu. Wiec będzie krótkie podsumowanie.

Po pierwsze, pięć dni z dala od domu, to za dużo jak dla mnie! Tak się stęskniłam! Czas pomogły przetrwać S. i M. i dzięki nim nie uschłam z tęsknoty. Bo czas mijał szybciej niżby się zdawało, czy zdawać się mogło! Poznałam nowe osoby, nauczyłam się przydatnych  rzeczy (tak myślę), choć muszę sporo poćwiczyć by to opanować (praktyka czyni, podobno, mistrza - zobaczymy za miesiąc :) ).

Naśmiałam się, nafochałam, minami strzelałam, nawet seriale komentowałam, co uwielbiam przecież robić, a nie mam z kim, bo odkąd nie mieszka z nami K. z Paszenek (teraz K. z Wawy), (a to już dwa lata!), to nie mam z kim, bo Dzielny Mąż: 1. nie ogląda przecież, 2. nie lubi jak komentuję! Ale S. i M. komentowały, więc wygadać się było można!

- Ta Majka, to taka nietepa - mówię któregoś razu.

- No! - mówi S. - Cokolwiek to znaczy - dodaje. Ale, taka niemota!

- No, czyli nietepa!

Poza tym warto wspomnieć o kilku przypadkowych osobach poznanych, jak nazwa wskazuje, przypadkowo. Jednym z nich był Jack Jack, który dosiadł się do nas przy wypadzie na piwo. Jack Jack okazał się artystą. Po zaproszeniu na jego stronę internetową, nie mogąc oprzeć się oczywiście ciekawości, na tą stronę zajrzałyśmy! Jack Jack kręci filmy, w których występuje nikt inny jak on sam! Jack Jack to wielki artysta, a my płakałyśmy ze śmiechu oglądając jego sztukę! Drugą osobą, choć nie poznaną osobiście, był Dżin. Dżin pojawiał się z nikąd i donosił meble ludziom przychodzącym do klubu. Dla Jack Jack'a przyniósł krzesło (ale zabrał fotel). Co tylko się nie oglądałyśmy Dżin niósł co innego. Raz niósł stół, raz kanapę, to znów stół. Nasz stolik był jak kozetka na terapię. M. mogła wypróbować swoje siły jako przyszła pani psycholog. Gdy dosiadł się niejaki Maciej nie dało się przebić jego żali, jakim to Bydgoszcz jest miastem bez perspektyw, złym, nudnym i najgorszym, w którym nic się nie dzieje i co my tu w ogóle robimy! Gdy powiedziałam mu, po co tu siedzi, skoro mu tak źle, niech pakuje manatki i się wyprowadza, spojrzał na mnie jak na wariatkę, która mówi do niego po chińsku. Odparł: „A co wy możecie wiedzieć studentki. To nie takie łatwe". „Jak to nie?" - odparłam. A S. wypaliła wskazując na mnie: „Ona tak zrobiła!". Maciej jednak zwątpił jeszcze bardziej, po czym wstał i odszedł. (Na szczęście). Uf. Uf.

Bydgoszcz. Miasto ładne, przypominające Olsztyn, choć wiele powiedzieć nie mogę, bo wiele nie zwiedziłam. Na pewno polecam Gospodę, placek po zbójnicku, kawę i ciastko! I nawet po to warto się tam wybrać! I to by było tyle jeśli chodzi o szkolenie. Resztę zostawiam sobie :P


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Bydgoszcz - dzień 2.

wtorek, 05 października 2010 20:14

Szkolenie w Bydgoszczy, dzień drugi.

Na śniadaniu dostałyśmy ochrzan, że śniadanie miało być o 8.20, a o 7.30 ktoś już zszedł i jak to możliwe, bo szanowne panie kucharki nie będą tu kilka razy rozstawiały, a poza tym ten ktoś zjadł 3 bułki, a jest po jednej i przez to dwie osoby nie mają już bułek! Super, tym bardziej, że niby śniadania wydawane są od siódmej do dziewiątej! W dodatku ta jedna bułka! Kto to widział?!? I plany z wzięcia kanapki ze sobą spełzły na niczym!

Na szkoleniu wątpliwości nabrały jeszcze większej wielkości. I tak po godzinie myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok! Chyba moja mina mówiła za mnie... Cóż. Dobrze, że mogłam to rozładować śmiechem, bo trochę go było. Nie że na szkoleniu, tylko my...

Nie lubię jak ktoś nie słucha gdy mówię, a dziś trenerka miała gorączkę i jak to powiedziała „chyba anginę", więc była na tyle rozkojarzona, że nie wiedziała co się do niej mówi. Wiele osób mówiło na raz, trzeba było powtarzać kilka razy to samo, a poza tym raz ironicznie się zaśmiała jak miałam problem z odszukaniem czegoś. Grr... Mniejsza o to. Jednego co się dziś nauczyłam: „świat jest brutalny"! Ot, nauka dnia, wiadomość, która dotarła do mnie po 24 latach życia.

I tak najlepsza jest najczęstsza sytuacja. Pada pytanie. Odpowiedź - „będziemy o tym mówić jutro". A potem: „Macie jakieś pytania?" Cisza. (Jak mieć pytania skoro wszystko jutro...).

W Gospodzie spędziłyśmy czas od obiadu do 19. Zagadałyśmy się na kawie. S. i M. są świetne!

Dzień drugi podsumowanie: wątpliwości, wątpliwości, wątpliwości... i duża dawka śmiechu!

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Bydgoszcz - dzień 1.

poniedziałek, 04 października 2010 20:49

Szkolenie w Bydgoszczy, dzień pierwszy.

Miasta nie znam. Na szczęście pojechałam z czterema wydrukowanymi mapami. (Przydały się). Jechałam z S. i M. Też z Trójmiasta, będziemy razem pracowały. Żadna z nas w Bydgoszczy nie była. Przyjechaliśmy wczoraj. Hotel - 3 piętro. Pokój - 3 łóżka, łazienka, TV i lampka. Szafy brak! Brak szafy aż na 5 dni!!! Panika! Przytulność równa zeru. Jak stwierdziła S.: „białe ściany, biała pościel, zimno - czuje się jak w kostnicy". Bydgoszcz pusta. Wrażenie niemiłe. Oglądałyśmy film. Dobry i na faktach, trzymający w napięciu, ale chichrałyśmy się jak na komedii.

Dzisiejsze szkolenie. Byłyśmy pierwsze, na 8.30. Okazało się jednak, że początek o 9.00. Trener powiedziała, że możemy korzystać z kuchni, jest herbata, kawa, a dodatkowo przyjedzie pan Bułka z bułkami. „Wow! - pomyślałam. - Dostaniemy bułki - pyszne, świeże drożdżówki! Hurra, wreszcie coś!". O ile się zdziwiłam, gdy na przerwie idę do kuchni, a tam stoi pan Bułka (młody, chudy chłopak, a nie grubszy starszy pan, jak na pana Bułkę przystało) z dwoma koszami kanapek, za które, gdyś ktoś chce kanapkę, trzeba zapłacić! A ja głupia myślałam o tej pysznej darmowej drożdżówce! Czar prysł... Swoją drogę, pomyślałam w jakim ja świecie żyję? Czas powrócić na ziemię, gdzie nawet na szkoleniu nie ma nic za darmo!

Poszłyśmy na miasto. Starówka pusta, klasyczna, ale ładna. Miło było się przejść. Potem obiad. Wracając szłyśmy, szłyśmy i okazało się, że chyba to nie tu. I trzeba było się cofnąć :) Za to trafiłyśmy do "Gospody" na kawę. Siedziałyśmy niemal trzy godziny. Tanio, przyjemnie, czysto i ciepło!

Poza tym... Miał być net. Jest - nie da rady korzystać, bo się rozłącza. „na trzecim piętrze tak już jest" - usłyszała w portierni M., gdy się pytała. (Dobrze, że mi chociaż wpis dodało). Śniadanie. Dwa plasterki sera, jeden plaster szynki, dwa plasterki ogórka i trzy plasterki pomidora. Ot, i tyle z wyobrażeń o szwedzkim stole.

Dzień pierwszy podsumowanie: uczucia mieszane, nadal wątpliwości, choć przewiane nutą optymizmu.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

sobota, 18 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  51 623  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Ulubione strony

Statystyki

Odwiedziny: 51623

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Facet