Bloog Wirtualna Polska
Są 1 272 172 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Mrozy obudziły wiosnę

wtorek, 31 stycznia 2012 11:13

Wczoraj był dzień przełomowy. Czasem się takie zdarzają, choć nic wielkiego się nie dzieje. Najpierw się dziwiłam co to jest, że jestem w tak dobrym humorze, a potem stwierdziłam, że po prostu czuję swego rodzaju ulgę. Odetchnęłam. Ale po czym? Niby wszystko toczyło się po staremu… Ale… No właśnie! Naszła mnie myśl złota, że skończyliśmy w pracy okres „rozliczeniowo-sprawozdawczy” i dopiero teraz uświadomiłam sobie, że właśnie to mnie tak pochłonęło. I zmęczyło. Nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy, bo dni wyglądały normalnie (no dobra, prawie normalnie), tyle, że nawał cyferek i pamiętne słowa matematycy z liceum „matematyka jeszcze się wam w życiu przyda”, dawały się we znaki. Oj, dawały! I nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale stres gdzieś w środku też się kłębił.


Ale wreszcie, choć nieświadoma wcześniejszego stanu, czułam się tak lekko. Idzie wiosna – pomyślałam. Tak, wiem, że to absurdalne, bo na dworze -12 stopni Celsjusza,  a ja chodzę opatulona tak, że kiedy muszę popatrzeć na bok odwracam cały tułów, a nie tylko szyję – jak w kołnierzu ortopedycznym :). Dwa wielkie grubaśne szaliki, jeden pod spód, drugi na wierzch, czapka, kaptur z futerkowym obszyciem … w gruncie rzeczy widać tylko moje okulary, które i tak są zaparowane :) Gdybym miała jeszcze wielkie buty śniegowce (postanowienie na następną zimę – zdobyć śniegowce!) to wyglądałabym jak ludzik Michellin. Tyle, że czarny.


Jadąc po pracy do domu zauważyłam kilka ważnych szczegółów, które mi umknęły podczas ostatnich dni. Po pierwsze jest jasno! Coraz dłużej jest jasno! Po drugie, codziennie świeci słońce! Oczywiście, że potęguje to jeszcze większy mróz, ale napawa energią i siłami! Już nie jest ciemno, szaro i ponuro. Po trzecie cały czas się uśmiecham. Przyznam, że to miłe uczucie :) ...


I tak właśnie wczoraj, przy -12 stopniowym mrozie, obudziła się we mnie wiosna.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

"Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet"

poniedziałek, 09 stycznia 2012 19:57

Tytuł książki Stieg'a Larsson’a zaintrygował mnie już dość dawno. Jednak jej nie przeczytałam, nie kupiłam i nie wypożyczyłam. Potem ucichło. W końcu któregoś dnia kupił ją Dzielny Mąż, gdyż także chciał ją przeczytać. Czytał więc, a potem mi polecił. Ociągałam się, ociągałam, aż do minionego weekendu. Dzielny Mąż leżał przeziębiony, więc ja chcąc nie chcąc sięgnęłam po lekturę. Już po kilku minutach zatopiłam się w jej treść. Ocknęłam się po 100 stronach, kiedy zegarek pokazał pierwszą w nocy. Rzeczywiście wciąga od pierwszych swoich stron, bo trzeba zaznaczyć, że nie ma bata, ale nie przeczytam książki jeśli jej pierwsze dwie (!) strony mnie nie zaciekawią. Serio.

Upłynął weekend – książkę skonsumowałam. Jednak powiem szczerze, że nie było to do końca to, czego oczekiwałam. Dlatego też dziś zaczęłam zastanawiać się co było w tej powieści nie tak („nie tak” oczywiście wedle mojego gustu). Co w dzisiejszych czasach znaczy bestseller? Bo przecież przeczytaną książkę Stiega Larsson’a „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” okrzyknięto bestsellerem na całym świecie zaraz po jej ukazaniu się, zdobyła masę pozytywnych recenzji, zeszła ze sklepowych półek niczym świeże bułeczki. Ale choć i ja nie postawię jej złej recenzji, nie do końca będą ją chwalić. Owszem napisana tak, że jak wspomniałam, porywa. Od pierwszej strony do jej ostatniej – sześćset którejś, czyta się ją szybko, nie wieje nudą. Ale  mimo wszystko coś tu, po jej przeczytaniu mi się nie podobało. I już chyba odkryłam co. Jako, że powieści kryminalne lubię i trochę się ich naczytałam (80 powieści Agathy Christie), to poznawszy postacie tej książki zgadłam, wiedziałam, czy najpewniej mówiąc domyśliłam się, kto jest winny i jak się zakończy. Nie wiedziałam oczywiście, jak się potoczą wątki, jaka będzie opowieść, jak do tego doszło, ale wiedziałam rozwiązanie. Widziałam KTO i zakończenie, ale nie wiedziałam JAK DO TEGO DOSZŁÓ, co się wydarzyło? I myślę, że właśnie dlatego, by te „jak do tego doszło” wyjaśnić, czytałam ją dalej. Oczywiście nie były to flaki z olejem, książka porywa czytelnika i chcąc nie chcąc 600 stron czyta się w dzień lub dwa! Ale przez to, że zakończyła się wedle moich przypuszczeń, nie poczułam tej satysfakcji, którą chciałbym poczuć.

Ale zastanawiałam się dalej, co mi jeszcze tu nie pasuje. Przeczytałam kilka słów o czym są dwie pozostałe części trylogii „Milenium” i okryłam. Krwawa, czy może lepszym słowem jest tu – dramatyczna – historia rodu, którą odkrywają i rozwiązują główni bohaterowie w części pierwszej, nie jest tak naprawdę głównym tematem. Tematem jest tutaj główna bohaterka, 24-letnia hakerka, której życiorys jest w tej książce zaledwie muśnięty. Pozostawia wiele pytań, tak naprawdę, tylko wspomina kilkoma zdaniami to tu, to tam, nad którymi czytelnik nawet się nie zastanawia, gdyż interesuje go tylko jedno –  jak rozwiąże się zagadka rodu. Po zastanowieniu jednak (już po przeczytaniu książki) dochodzę do wniosku, że powieść nie jest o rodzie rodzinnym, a o tej dziewczynie. I to jej życiorys będzie odkrywany wraz z innymi ciemnymi historiami (już nie dotyczącymi rodu) w następnych dwóch tomach. Ale czy ja chcę go poznać? Czy chcę poznać zawiłą, pewnie zaskakującą przeszłość młodej dziewczyny? Nie, nie czuję takiej chęci. Na razie nie ciągnie więc mnie do pozostałych części. Może kiedyś je przeczytam. Równie dobrze powieść mogłaby zakończyć się dla mnie na pierwszym tomie. Boje się także, że dwa pozostałe będą… hmmm… „takie sobie”.

I jeszcze jedno: tytuł. „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” – powieść w dużej mierze dotyczy przemocy seksualnej dokonywanej na kobietach w Szwecji, choć nie do końca mówi o tym problemie wprost. Z tego co się dowiedziałam, dwie kolejne części także. I może trylogia miała naświetlić ten problem, w sprytny sposób ukazać go światu, opowiedzieć o nim nie wprost, a pobocznie, bo przecież o tym się nie mówi. Ale… Właśnie, jak zawsze pojawia się „ale”. Mówiąc dokładnie – ale w powieści jest po prostu za dużo seksu. I pomimo, że książka nie razi po oczach erotyką, nie zawiera jakiś drastycznych opisów, wątek seksu przewija się przez jej strony od niemal początku do końca. To także mi nie pasowało. Wychodzi na to, że kryminalna zagadka jest tylko taką tam przykrywką. A szkoda, bo gdyby powieść dotyczyła tylko i wyłącznie tej zagadki, byłaby dość ciekawym kryminałem. A tu okazuje się po prostu, że do powieści sensacyjnej, a może czytając między wierszami, książki mówiącej o problemie znęcania się nad kobietami, autor wplątał trochę kryminału, by poszerzyć treść, dodać pikanterii, zagadki, tajemniczości i tego, co porywa czytelnika. Zresztą zagadka jest także na tle seksualnym. Więc zagadka stanowi tu tylko przyprawę do całego dania? Wnioskuję, że chyba tak.

Za tydzień do kin wchodzi film „Dziewczyna z tatuażem” na podstawie przeczytanej właśnie przeze mnie książki. Widziałam trailler, słyszałam, że „hit”. Ale mnie jakoś nie ciągnie by iść i go obejrzeć.

I na koniec wrócę jeszcze do jednego wątku. Co znaczy w dzisiejszych czasach bestseller? Kto lub co nadaje książce rangę tego tytułu? Wygląda na to, że wystarczy znakomity kunszt pisarski, który po prostu sprawi, że książkę niezależnie od jej treści przeczyta się jednym tchem (taka sieć pajęcza, którą autor zastawia na czytelnika, a ten po pierwszej stronie już się w nią wplątuje i nie wyplącze dopóty, dopóki nie dojdzie do ostatniej strony), a także sprzedaż, która bije rekordy? Kim są krytycy? Czy to także ludzie, którzy wpadli w sieć zastawioną przez autora? Czy wyuczyli się zawodu jako młodziki? Czy może są to jednak wytrawni znawcy literatury?

Tyle pytań nasunęło mi się po przeczytaniu tej lektury. Tyle i jeszcze więcej. I sama się dziwię, bo książka ta podziała na mnie w dwojaki sposób: wciągnęła i cieszę się, że ją przeczytałam, bo była intrygująca, z drugiej strony nie do końca mi się podobała, co opisałam powyżej…

I zrozum tu człowieku samego siebie...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Z serii „Nocne Polaków rozmowy” – O czym mężczyźni myślą przed snem...

czwartek, 05 stycznia 2012 18:45

 

Noc. Po 23.00. Zasypiamy. Nagle Dzielny Mąż mówi:

 

- Tak sobie pomyślałem, że to by było ciekawe, gdyby Ruski Racuch [czyt. Rysiu z „Klanu”] zagrał w „Na Wspólnej”.

- Co? Co Ci przyszło do głowy tak przed snem? – pytam rozbudzona z zaskoczenia.

- A nic, tak sobie pomyślałem. Dobranoc.

 

Jak widać, nigdy nie wiadomo o czym mężczyźni myślą przed snem… ;)

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

sobota, 18 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  51 634  

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Ulubione strony

Statystyki

Odwiedziny: 51634

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Facet